środa, 23 czerwca 2010

może się zdarzyć


Polka z urodzenia, Obywatelka Świata z wyboru. Z przeszło sześćdziesięcioma wiosnami spaceruje ulicami Budapesztu w towarzystwie Francuskiego Kochanka (w domyśle żona + troje dzieci). Kochanek lat czterdzieści cztery myśli na głos i z przejęciem:
- Wiesz, nigdy w życiu nie szło mi się z kimś tak dobrze krok w krok
- Jaki jesteś biedny – pomyślała szukając słów odpowiedzi.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

rozdział kolejny


… w którym Xin okazuje się nieroztropnym bohaterem-współlokatorem.
Dym to łagodne określenie na kłęby czarnej mgły w kuchni, którą w wyniku nierozwagi i spalenia MOJEJ kafetiery przyszło mi dzisiaj oglądać. Machanie ręcznikiem w stronę okna to do prawdy ciekawe urozmaicenie wieczoru. Ćwiczeń fizycznych nie ma końca w realnym życiu, którego nie prowadzę. Oglądanie filmów w (s)pokoju nie rozbudza bynajmniej mięśni, a szkoda.
Z przerażeniem widzę, że ruchomych obrazów na długie, zimne wieczory mam coraz mniej. Zrobi się ciepło albo będzie wojna! Nie wiem jeszcze komu ją wytoczę. Mówi się tutaj “fa bel tempo”, może temu lub tej, która za tę pogodę odpowiada? (Pogodynce?)
W ostatni weekend zapadła pewna zapadnia. Po dzikich wizjach wyjazdu na południe (prawie do Afryki – Reggio di Calabria), zdecydowałem się ostatecznie zostać w Umbrii kolejne dwa miesiące. Znaczy to całkiem wiele. Planuję kontynuować swój dziennik podróży jak i naukę języka. Liczę na trafność powiedzenia, że jest czas, gdy trzeba inwestować, by potem odcinać kupony. Niestety powiedzenie nie trzyma się w tej chwili mej zawodnej pamięci. Zbieram w Italii swoje dziesięć tysięcy godzin na konto przyszłych sukcesów panie Gladwell! Rezygnacja z wynajmu dotychczasowego pokoju przekłada się na niedaleką wizję przeprowadzki. Przewrażliwiona właścicielka nie jest mi do szczęścia potrzebna, nie będziemy się więcej musieli oglądać. Zamieszkam w innej części miasta, bardziej oddalonej od uczelni. Nie dalej jak wczoraj ustaliłem szczegóły nowej współpracy. Zielono mi będzie, czekają mnie także w lipcu i sierpniu autobusowe wycieczki. Latem można poczuć wiatr we włosach nawet w publicznych środkach transportu. Nie wspomnę ani słowem o tym, co jeszcze w wysokich temperaturach można poczuć w autobusach, koncentruję się na pozytywach zmian. Planuję relaks w pierwszych dniach lipca w związku z wizją wakacji na uczelni. Przez kilka dni będę daleko od wi-fi, blisko zaś natury (i leków przeciwhistaminowych). W to mi graj życie!
Nowy zeszyt do włoskiego ma kartki z papieru z recyklingu. Na kremowych stronach występują w ilościach znacznych pomarańczowe, horyzontalnie wymalowane linie. Miękka, beżowa okładka z recyklingu wyrobów skórzanych jest miła w dotyku. Gramatyka ma porządną oprawę.

niedziela, 20 czerwca 2010

(s)prawa reportera


Brak samochodu w Italii skutecznie uniemożliwia poznanie wielu ciekawych miejsc na kulinarnej mapie Włoch. Zostają do dyspozycji samochody znajomych. “Gitana” to ładnie urządzona restauracjo-pizzeria znajdująca się 20 km na północny wschód od Perugii. Wystrój raczej nowoczesny chociaż bez zbędnych plastikowych detali, które królują obecnie na salonach. Ze zbędnym za to telewizorem na ścianie. Piłka rules!, i wszystko jasne. Antipasti ciekawe chociaż lekka kuchnia fusion = la cucina italiana + fast-food. Obok smażonych w głębokim tłuszczu nadziewanych oliwek czy małych mozzarelli leżały smażone w głębokim tłuszczu frytki. Więcej koszmarków nie pamiętam, za wszystkie kucharz powinien przeprosić. Jego wina! Zamówiłem pizzę po olbrzymiej porcji przekąsek. Nie przeszkadzały mi jednak antipasti w zaglądaniu widelcem to talerzy kolegów. Co ważne – im także mój widelec nie przeszkadzał. Próbowałem pasty w sosie z wódką, tortellini z mięsem i kawałkami kiełbasek w białym, gęstym, śmietanowym sosie, a także cielęciny i jagnięciny z grilla dobrze skropionych cytryną. Na moim talerzu uśmiechało się bardzo cienkie ciasto pizzy z sosem pomidorowym, mozzarellą i prosciutto, grubo obsypane rucolą. Szybko przestało się uśmiechać. Było pysznie i przyjemnie.
Z Perugii, dla “kosztu miernoty” pisałem
Ja

czwartek, 17 czerwca 2010

moda senza Trocadero


Z modą jest jak z urodą, myślę. Występuje na rynku taka różnorodność, że można nas ludzi podzielić jedynie na rasy, ewentualnie kolory. Żadne bardziej szczegółowe kalkulacje nie wchodzą w grę. Kultura chciała, że najbardziej „cenne” czy może „chodliwe” są jasne umaszczenia. Węszę i w tym temacie dużą dozę sezonowości. Sam zaliczam się do typu białego wpadającego w róż. Biały-kość słoniowa i oliwkowy to moje ulubione.
Trudno napisać jakie trendy w modzie włoskiej wiodą aktualnie prym. Przede wszystkim nosi się krótko. Strój biznesowy z długim rękawem i nogawką wciąż wzbudza we mnie myślenie, że Południowcy są ulepieni z innej gliny. Mogą przecież wytrzymać naświetlanie w pełnej zbroi. Prawdziwe życie glamour obserwuje się wieczorami. Markowych ciuchów widzi się sporo chociaż odkąd mam świadomość ile w perełkach turystycznych sprzedaje się podrabianej odzieży wiem, że oczy czasem wprowadzają w błąd. Plotka (a może poważne czasopismo, nie pamiętam) głosi, że manufaktura odzieżowa przenosi się z dalekich Chin do bliskiego Egiptu. Może będzie gorzej w tym temacie? Kwestia produkcji markowej odzieży to jednak temat na inną okazję. Z pewnością znaczna część dochodów Włoszek i Włochów przeznaczana jest na ubiór. W wątpliwość nikt zdania nie poddaje. Rozumieją je nawet doskonale co-po-nie-którzy.
Z powtarzających się krojów w modzie męskiej na ulicach Italii wyróżnić można spodnie „dresowe” z cienkiej bawełny. W przeciwieństwie do popularnych w Warszawie włoskie są zwężane ku dołowi, mają też atrapę suwaka i lepiej leżą. Warszawskie mają bardzo szerokie nogawki na całej długości, ponad wszystko przypominają spodnie od dresu. Nie można zarzuć przecież polskim chłopakom modnego stroju, tego się nie robi.
Pawie Alfa na Półwyspie Apenińskim spotkać można w obcisłych, dopasowanych koszulach, z obowiązkowo rozpiętymi guzikami pod szyją. (Szują?) Czasem ze złotym łańcuszkiem, dużą przywieszką. Wzór stereotypowo ubranego Włocha (to mógł być mój Luca Spaghetti!) poznałem kilka lat wcześniej. Mała dygresja. Środek lata, żar się leje z nieba. Chłopak ma długie, gęste, czarne, kręcone włosy związane z tyłu głowy. Różowa koszula z długimi rękawami rozpięta jest na torsie, niewiele brakuje do wyeksponowania pępka. Na szyi mieni się zawieszona na średniej grubości łańcuszku wydmuchana w złocie ryba z turkusowym okiem. Na ręku bransoleta, na udach obcisłe, niebieskie jeansy a na nogach? Oczywiście krótkie kowbojki! Kultura macho rządzi się własnymi prawami i zależnościami. Jest kolorowo, nie ma co narzekać.
Obcisłe fasony w modzie męskiej królują w ogóle. Po ortalionowych, bardzo połyskliwych i obszernych kurtkach ze ściągaczem w pasie przyszedł czas, gdy mogą wyeksponować to, nad czym pracują w pocie (nie tylko) czoła ragazzi. Fiolety i śliwy zdają się wychodzić powoli z mainstreamu, w zestawieniu ze śniadą karnacją pojawiają się jednak często. Do łask wracają ogrodniczki, to dopiero nowina! Dopasowane, nielujowate, w żadnym razie nie przypominają ubrań roboczych.
Muszę zrobić badania terenowe z kartką i długopisem bo więcej do napisania na ten moment nie mam. Mich, “(…) jak wielu eleganckich mężczyzn zawsze szedł na łatwiznę bo wiedział jakie to trudne”…

środa, 16 czerwca 2010

stały owce na górze

Wzgórza Abruzji są piękne. Przepadłem bez reszty w stan uwielbienia i zachwytu nad włoską przyrodą (przygodą?). Kręte, strome drogi oplatają zielone wzniesienia siecią serpentyn. Pod mostami utrzymywanymi na kilkudziesięciometrowych podporach lasy albo jeziora. Bezkresne, ciemnozielone doliny. Trudno przelać na papier ekscytację, gdy nie chce się popaść w narrację z „Nad Niemnem”.

żywot marny w praktyce


Jest kilka miejsc, do których powinienem mieć utrudniony dostęp. Do takich należą księgarnie i sklepy z artykułami papierniczymi. Zostało mi z dzieciństwa, mam jednak na nie sposób. Wchodzę pewien siebie, oglądam pospiesznie co jest oferowane po czym jakby nigdy nic zmywam się szybko i odchodzę od sklepu jak najdalej. Choruję czasem po fakcie. We Florencji na przykład zachorowałem na album na fotografie, przybornik z materiału w kolorze śliwkowym i notatnik z kartkami z papieru czerpanego w czarnej oprawie. Mogłem sobie gwizdać na chorobę, nie wybieram się w najbliższym czasie do Toskanii. Nie przejmowałem się do dzisiaj, góra bowiem przyszła do Mahometa! W Perugii kilka dni temu otworzono wspaniały sklep z artykułami papierniczo-piśmienniczymi. Całkiem podobny do tego z Florencji. Szlag by trafił tę całą zabawę. Całkiem poważnie zastanawiam się teraz nad rezygnacją z kawy “na mieście” na rzecz kawałka materiału z dwoma nitowymi zatrzaskami i grubym pasem w paski za 21 euro. Mama powiedziałaby (mimo mojego wyrzeczenia i nie jej pieniędzy): “- Chyba cię pojebało”. Nie powiem więc mamie. Dobrze, że piję dużo kawy.
W kwestii księgarni – drogą kupna sprzedaży nabyłem “La signora Dalloway” Virginii Woolf. Czytam, rozumiem niewiele. Cieszę się jak dziecko, kiedy uda mi się przetłumaczyć bez słownika zdanie wielokrotnie złożone. Wiedziałem co robię gdy wybierałem lekturę. Kiedy będzie po wszystkim, przerzucę ostatnią kartę nikt mi nie zarzuci, że nie wiem o czym była książka. Bynajmniej nie przez podejrzenia o wtórny analfabetyzm.

środa, 9 czerwca 2010

kuszenie Michała


W przerwach między zajęciami, po zajęciach i przed nimi mijam znajome twarze. Perugia jest miastem rozłożystym, do strefy industrialnej jedzie się samochodem z centrum dobre pół godziny. Życie studenckie obraca się jednak wokół głównego placu z fontanną, budynków uniwersytetu i stołówki. Wiele jest więc sposobności do krótkich i dłuższych rozmów z nowymi znajomymi, których jest całkiem liczne grono.
Do mojego grona (nie mylić z portalem społecznościowym, który jak mówią w Warszawie nie jest już dżerzi czy coś w ten deseń) zaliczyć można dwie Polki. Studiują razem na ostatnim roku studiów licencjackich komunikację i stosunki międzynarodowe. Poznaliśmy się przypadkiem, miły zbieg okoliczności. Jedna, ta z prostymi włosami, przyjechała po maturze na miesiąc wakacji do siostry. Siostra mieszka w Italii. Z Uniwersytetu Wrocławskiego otrzymała niekorzystne wieści – po egzaminach wstępnych zaproponowano jej płatne studia w trybie wieczorowym. Odebrała więc dokumenty, złożyła je w sekretariacie Uniwersytetu w Perugii. Dołączyła wniosek o stypendium socjalne. Druga, Kręcona, mieszkała przed przyjazdem do Umbrii cztery lata w Palermo. Jak bardzo chciała zmienić miejsce i czy musiała uciekać przed mafią? Nie wiem.
Gdy zaczynałem studia ekonomiczne w trybie dziennym w Lublinie również złożyłem podanie o stypendium socjalne. Ba! Dostałem zapomogę. 250 złotych miesięcznie. 100 złotych wydawałem na bilety miesięczne, za resztę żyłem jak król.
Prosta i Kręcona zaproponowały pomoc na wypadek, gdybym zdecydował się na rozpoczęcie studiów w Perugii. Mawiają, nie w Warszawce, że na naukę nigdy nie jest za późno. W Warszawce mawiają, że na clubbing nigdy nie jest za wcześnie ale to inna historia. Dobrze, czego można spodziewać się po, napiszmy, studiach uzupełniających – magisterskich w Perugii?
- zwolnienie z opłaty za studia (we Włoszech uczelnie wyższe są płatne)
- bezpłatna stołówka (obiady, kolacje). Miejsce znam całkiem dobrze. Mój dzisiejszy obiad:
primo piatto: ravioli ze szpinakiem i rocottą posypane parmezanem, secondo piatto: smażony stek z oliwkami, bułka, duszona papryka w sosie pomidorowym, dolce – wybrałem gruszkę, do picia wodę niegazowaną. Zapłaciłem 4,5 euro.
- 3500 euro stypendium socjalnego na każdy rok akademicki.
Wszystko jest względne. Prawie wszystko – wpływy do mojego jednoosobowego gospodarstwa domowego, które prowadziłem w Polsce względne nie są, nawet po przeliczeniu na euro. Szanse na socjal mam spore mimo, że zarabiałem kilka polskich średnich krajowych miesięcznie. Bądź człowieku zdrowy gdy kuszą Cię złotymi cielcami. Upieraj się przy swoich planach i nawet przez chwilę nie zastanawiaj co by się stało gdybyś w Italii został dłużej niż planowałeś…