Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszt miernoty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszt miernoty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 września 2010

czasu nam trzeba dla nas


Dziękuję.

Ze szpitala wyszedłem ponad tydzień temu. Czekam na kolejną tomografię mając nadzieję, że wszystko wewnątrz głowy wraca do należytego porządku i odbudowuje się do stanu sprzed uderzenia o nawierzchnię jezdni. Dopiero, gdy człowiek chory docenia jak ważne jest zdrowie i jak bardzo cenił sobie swobodę zmysłów. Zastanawiałem się nad ucieczką w świat fantazji i ukrywania prawdy. Za stary jestem jednak i zbyt serio by uciekać przed sobą, przed ograniczeniami. Konfrontuję. Zapisuję emocje, myśli, reakcje w ich konsekwencji. Dawno stwierdziłem, że nie będę ofiarą czasów, w których żyję. Trzymam się myśli jak tonący brzytwy. Katastrofizacja powypadkowa ustępuje miejsca akceptacji i porządkowi.

Nie mam zmysłu węchu.

Mam dużo pytań i nadzieję, że wróci zapach ciepłego, sobotniego poranka ze świeżym pieczywem, masła i pierogów z kaszą babci Stefci, nowych książek, starych strychów, rdzy, kardamonu i rodzynek, mokrego psa, suchego lata i wszystkich bliskich i dalszych.

Trzeba mi czekać więc czekam. Buntowałem się gdy byłem mały.

- Jak się miewam?

- W porównaniu do czego?

niedziela, 5 września 2010

Pieśń Miernoty, której nie zaplanował nikt


Życie okazuje się mieć różne zasadzki i nieoczekiwane zwroty akcji w zanadrzu. Leżę w szpitalu od dziesięciu dni po tym jak zostałem potrącony przez samochód trzy metry od domu, trzy metry od miejsca, do którego zmierzałem. Chciałem zjeść śniadanie po włosku - w barze, zamawiając rogala i kawę. Przewidziano mi jednak inny scenariusz na czwartek. Obecnie jest dużo lepiej niż gdy trafiłem na neurochirurgię. Niestety występują też znaki zapytania co do mojego zdrowia.

Dostęp do internetu mam bardzo ograniczony. Jeśli jutrzejsze badania się powiodą będę mógł opuścić szpital. Czeka mnie kolejna porcja bólu ale walczę dzielnie o lepsze jutro.

Żyję, ze świadomością, że są ludzie, na których mi zależy, cele, które chcę osiągnąć, okazje, których nie chcę stracić.
Ze śmiercią było mi nie do twarzy. Przynajmniej wczoraj.

Dziękuję za miłe słowa.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Copernicus daje nadzieję


Świadomość, że właśnie w tym momencie gdzie indziej jest południe, przedpołudnie lub popołudnie pozwala wierzyć, że jutro będzie słonecznie. Trzeba nam tylko cierpliwie czekać.
Tracę wewnętrzny związek.

sobota, 21 sierpnia 2010

zdarzyło się


Dwie obfite w kształtach Amerykanki biegają rozgorączkowane po "dachu świata" - tarasie widokowym z piękną umbryjską szeroką panoramą. Wieje latem. Cyfrowe aparaty szybko zmieniają położenie, zwiewne spódnice w drobne wzorki tańczą kobietom  na wietrze gubiąc rytm nadawany przez nogi.
- Muszę tutaj wrócić! Muszę tutaj wrócić! Muszę tutaj wrócić! - słyszę głosy egzaltowanych turystek.
Przeżuwam rukolę leniwie wyjmując trzy kromki ciabaty z papierowej torby i dziesięć deko specku. Konsumuję obiad na tarasie, na którym jestem.

niedziela, 8 sierpnia 2010

męka nieinteligentów


"I znowu przedmowa... i zniewolony jestem do przedmowy, nie mogę bez przedmowy i muszę przedmowę, gdyż prawo symetrii wymaga, aby Filidorowi dzieckiem podszytemu odpowiadał dzieckiem podszyty Filibert, przedmowie zaś do Filidora przedmowa do Filiberta dzieckiem podszytego. Choćbym chciał, nie mogę, nie mogę i nie mogę uchylić się żelaznym prawom symetrii oraz analogii. Ale czas najwyższy przerwać, przestać, wyjrzeć z zieleni chociażby na chwilę i spojrzeć przytomnie spod ciężaru miliarda kiełków, pączków, listków, by nie powiedziano, że oszalałem ble, ble i bez reszty. I zanim posunę się dalej na drodze poślednich, pośrednich okropieństw niedoludzkich, muszę wyjaśnić, zracjonalizować, uzasadnić, wytłumaczyć i uporządkować, wydobyć myśl naczelną, z której się wywodzą wszystkie inne myśli tej księgi, i wykazać pramęczarnię wszystkich mąk tu poruszonych i uwydatnionych. I muszę wprowadzić hierarchię mąk oraz hierarchię myśli, skomentować dzieło analitycznie, syntetycznie i filozoficznie, aby czytający wiedział, gdzie głowa, gdzie nogi, gdzie nos, a gdzie pięta, by nie zarzucono, żem nieświadomy własnych celów i nie kroczę prosto, równo, sztywno (...) lecz w piętkę bezsensownie gonię. Lecz któraż jest męczarnia główna i fundamentalna? Gdzie jest pramęczamia księgi? Gdzieżeś, pramatko mąk? Im dłużej wnikam, badam i przetrawiam, tym wyraźniej widzę, iż właściwie główną, zasadniczą męką jest, jak mi się zdaje, po prostu męka złej formy, złego exterieur’u, czyli inaczej mówiąc męczarnia frazesu, grymasu, miny, gęby - tak, oto jest źródło, krynica, zaczątek i stąd harmonijnie wypływają wszystkie bez wyjątku pozostałe cierpienia, szały i udręki. Ale może raczej należałoby powiedzieć, że naczelną, podstawową męką jest nie co innego, tylko cierpienie, zrodzone z ograniczenia drugim człowiekiem, z tego, że się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka. A może u podstawy księgi leży kapitalna i zabójcza męka niedoludzkiej zieloności, kiełków, listków, pączków albo męka rozwoju i niedorozwoju a może cierpienie niedokształtowania, niedoformowania albo męka stwarzania naszego ja przez innych ludzi

męka gwałtu fizycznego i psychicznego (...)

niewysłowiona męczarnia niewysłowienia

boleść niewysublimowania

ból palca

paznokcia

zęba

ucha

męczarnia przeraźliwej współrzędności, zależności, wzajemnego przenikania się, uzależniania wszystkich mąk i wszystkich części oraz męka stu pięćdziesięciu sześciu tysięcy trzystu dwudziestu czterech i pół innych męczarni, nie licząc kobiet i dzieci, jak by powiedział pewien stary autor francuski z XVI stulecia."

Ferdydurke

niedziela, 18 lipca 2010

leży i marzy


Wiele przyjemności, jak dobra literatura, nie może być realizowanych w towarzystwie.

Posiadanie jest uciążliwe.

środa, 14 lipca 2010

grzechot łyżek i porcelany

Długie na kilka metrów lady z naturalnego kamienia stoją latami niewzruszone. Codziennie setki, o ile nie tysiące szklanych spodków obija się w każdym barze o gładką powierzchnię. Biały talerzyk uderza o twardy bar. Wskakuje na niego srebrna łyżeczka kołysząc się z lewa na prawo, z prawa na lewo jak pijana. Wydaje brzdęk jaki to tylko uderzane łyżką szkło potrafi. Jasna filiżanka przyjmuje spienioną kawę. Następuje finał. Brzdęk szkła ze szkłem, bądź o szkło, metalu z porcelaną, sreberko znów kołysze się miarowo. Tylko lada ni drgnie. Nie dziwi, że naturalny (nagrobny) kamień w Polsce ma duże wzięcie - stoi latami niewzruszony. Lastryko we włoskich barach jak żyję nie widziałem.

niedziela, 11 lipca 2010

bredzę w zupie


Przez chwilę myślałem, że na dzisiaj wyznaczony został mój nieuchronny koniec. Historia zna takie przypadki. Jednak nie.
Wczesnym popołudniem wybrałem się na obiad nad Trasimeno. Krótki spacer po starym, kamiennym centrum Passignano i gotowy byłem na przyjęcie. Bawiłem się w towarzystwie małży z pieca, kalmarów z oleju, dużej krewetki, mątwy i langustynki z grilla. Piłem białe, dobrze schłodzone wino i może gdyby nie pół litra... Po godzinie od konsumpcji, w drodze powrotnej poczułem się jakby ktoś wyłączył pstryczek-elektryczek i odciął mi dostawę energii życiowej. Co za stan niewdzięczny. Na chwilę obecną, po dawce snu jest dobrze choć nadal czuję się niżej przeciętnie.
Skwar jak w hucie. Wierzę, że częste zraszanie się chłodną wodą dobrze działa, jeśli nie na potliwość to przynajmniej na krążenie.

z życiową dedykacją


"We wtorek zbudziłem się o tej porze bezdusznej i nikłej, kiedy właściwie noc się już skończyła, a świt nie zdążył jeszcze zacząć się na dobre. Zbudzony nagle, chciałem pędzić taksówką na dworzec, zdawało mi się bowiem, że wyjeżdżam - dopiero w następnej minucie z biedą rozeznałem, że pociąg dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybiła żadna godzina. Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic. Był to lęk nieistnienia, strach niebytu, niepokój nieżycia, obawa nierzeczywistości, krzyk biologiczny wszystkich komórek moich wobec wewnętrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lęk nieprzyzwoitej drobnostkowości i małostkowości, popłoch dekoncentracji, panika na tle ułamka, strach przed gwałtem, który miałem w sobie, i przed tym, który zagrażał od zewnątrz - a co najważniejsza, ciągle mi towarzyszyło, ani na krok nie odstępując, coś, co bym mógł nazwać samopoczuciem wewnętrznego, międzycząsteczkowego przedrzeźniania i szyderstwa, wsobnego prześmiechu rozwydrzonych części mego ciała i analogicznych części mego ducha. Sen, który mię trapił w nocy i obudził, był wykładnikiem lęku. Nawrotem czasu, który powinien być zabroniony naturze, ujrzałem siebie takim, jakim byłem, gdym miał lat piętnaście i szesnaście - przeniosłem się w młodość - i stojąc na wietrze, na kamieniu, tuż koło młyna nad rzeką, mówiłem coś, słyszałem dawno pogrzebany swój głosik koguci, piskliwy, widziałem nos niewyrośnięty na twarzy niedokształtowanej i ręce za wielkie - czułem niemiłą konsystencję tej fazy rozwoju pośredniej, przejściowej. Zbudziłem się w śmiechu i w strachu, bo mi się zdawało, że taki, jak jestem dzisiaj, po trzydziestce, przedrzeźniam i wyśmiewam sobą niewypierzonego chłystka, jakim byłem, a on znowu przedrzeźnia mnie - i równym prawem - że obaj jesteśmy sobą przedrzeźniani. Nieszczęsna pamięci, która każesz wiedzieć, jakimi drogami doszliśmy do obecnego stanu posiadania!

A dalej, wydało mi się w półśnie, ale już po obudzeniu, że ciało moje nie jest jednolite, że niektóre części są jeszcze chłopięce i że moja głowa wykpiwa i wyszydza łydkę, łydka zasię głowę, że palec nabija się z serca, serce z mózgu, nos z oka, oko z nosa rechocze i ryczy - i wszystkie te części gwałciły się dziko w atmosferze wszechobejmującego i przejmującego panszyderstwa. A kiedym na dobre odzyskał świadomość i jąłem przemyśliwać nad swym życiem, lęk nie zmniejszył się ani na jotę, ale stał się jeszcze potężniejszy, choć chwilami przerywał go (czy wzmagał) śmieszek, od którego usta niezdolne były się powstrzymać. W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu. Las ten, co gorsza, był zielony. Gdyż na jawie byłem równie nieustalony, rozdarty - jak we śnie. Przeszedłem niedawno Rubikon nieuniknionego trzydziestaka, minąłem kamień milowy, z metryki, z pozorów wyglądałem na człowieka dojrzałego, a jednak nie byłem nim - bo czymże byłem? Trzydziestoletnim graczem w bridża? Pracownikiem przypadkowym i przygodnym, który załatwiał drobne czynności życiowe i miewał terminy? Jakaż była moja sytuacja?

Chodziłem po kawiarniach i po barach, spotykałem się z ludźmi zamieniając słowa, czasem nawet myśli, ale sytuacja była nie wyjaśniona i sam nie wiedziałem, czym człowiek, czym chłystek; i tak na przełomie lat nie byłem ani tym, ani owym - byłem niczym - a rówieśnicy, którzy już się pożenili oraz pozajmowali określone stanowiska, nie tyle wobec życia, ile po rozmaitych urzędach państwowych, odnosili się do mnie z uzasadnioną nieufnością. Ciotki moje, te liczne ćwierćmatki doczepione, przyłatane, ale szczerze kochające, już od dawna usiłowały na mnie wpływać, abym się ustabilizował jako ktoś, a więc jako adwokat albo jako biuralista - nieokreśloność moja była im niezwykle przykra, nie wiedziały, jak rozmawiać ze mną nie wiedząc, kim jestem, co najwyżej mamlały tylko. - Józiu - mówiły pomiędzy jednym mamlęciem a drugim - czas najwyższy, dziecko drogie. Co ludzie powiedzą? Jeżeli nie chcesz być lekarzem, bądźże przynajmniej kobieciarzem lub koniarzem, ale niech będzie wiadomo... niech będzie wiadomo... I słyszałem, jak jedna szeptała do drugiej, że jestem niewyrobiony towarzysko i życiowo, po czym znowu zaczynały mamlać umęczone próżnią, jaką tworzyłem im w głowie. W istocie, stan ten nie mógł trwać wiecznie. Wskazówki zegara natury były nieubłagane i stanowcze. Gdy ostatnie zęby, zęby mądrości, mi wyrosły, należało sądzić - rozwój został dokonany, nadszedł czas nieuniknionego mordu, mężczyzna winien zabić nieutulone z żalu człopię, jak motyl wyfrunąć, pozostawiając trupa poczwarki, która się skończyła. Z tumanu, z chaosu, z mętnych rozlewisk, wirów, szumów, nurtów, ze trzcin i szuwarów, z rechotu żabiego miałem się przenieść pomiędzy formy klarowne, skrystalizowane - przyczesać się, uporządkować, wejść w życie społeczne dorosłych i rajcować z nimi! Jakże! Próbowałem już, usiłowałem - i śmieszek mną wstrząsał na myśl o rezultatach próby."

Ferdydurke

sobota, 10 lipca 2010

wybałuszam

Uprzejmie donoszę, że campowa natura wpisana jest w blog i nierozłącznie z nim związana. Niezainteresowanych przepraszam, kontynuacja jest nieuchronna. Kosztem miernoty rozczarowanie, nie mogę sobie na nie pozwolić.

celebrate good time, c'mon!


Że pląsałem powiedzieć mało. Cały na chwil kilka stałem się dźwiękową falą i falowałem miarowo, elastycznie.
Umbria Jazz uważa się za rozpoczęty. Co za koncerty! W koło cekiny i ludzie jak manekiny. Opalenizna prześwituje przez zwiewne sukienki, krótkie spodenki, wygląda spod koszulek wszystkich typów. Piwo leje się strumieniami, mojito kaskadą a w koło ciepło i wesoło. Nie piję, prowadzę więc słucham uważnie co jest grane. Dziś wieczorem ciemny, mocny głos opierał się na dwóch basach, perkusji i sekcji dętej. Wtórował mu lekko skrzeczący chórek. Skompresowany Harlem Gospel, przy którym widownia zaczyna nucić, wybijać rytm nogą, dobrze się bawić. I o to się w końcu rozchodzi.

w zdrowym ciele...

Zęby nie włosy, chociaż można dostawić nowe - nie odrastają. Codzienną dawkę mleka przyjmuję w: 1. caffe macchiato 2. cappuccino 3. lodach. Będę duży!

środa, 7 lipca 2010

wszystko płynie


Odwiedziłem południowe Lazio. Zgodnie z planem wypoczynek był błogi, może nawet za bardzo. Nie można było węgorzy w rurach ananasami karmić bo węgorzy w systemie nawadniającym nie było. Szczurów nawet wszechobecnych w Rzymie nie było a niby województwo to samo. Wieś spokojna w górach, wieś wesoła była z wypadami na wybrzeże i targ pod Monte Cassino. Podobno można spotkać węże na tym trzecim odludziu ale nie uświadczyłem także. Przepisałem za to całą gramatykę z poprzedniego kursu. Przeczytałem książkę, obejrzałem kilka programów we włoskiej telewizji, jadłem dobrze, spałem słodko śniąc wiele. Natura gaduły typowego nie miała tylko odpowiedniego ujścia ale nie można mieć wszystkiego, jak mawiają.
Wczoraj, po pięciu godzinach w podróży znalazłem się z powrotem w Perugii. Tym razem w nowej dzielnicy, w nowym mieszkaniu, ze świadomością posiadania nowego prezydenta. Same nowości można byłoby rzec. Z udogodnień nowego lokum wymienić należy telewizor, piekarnik (w końcu!), większe łóżko i przyjemniejszą w użyciu łazienkę. Od telewizji odzwyczajony doceniam obecność odcieni świata z satelitarnego talerza. Mam nawet nowy ulubiony kanał - music box Russia. Rosjanie wydają się bardziej amerykańscy w popie niż Amerykanie, che bello! Jest na czym oko zawiesić, jest się z czego pośmiać. O ślinieniu się do cukierkowego przekazu mogę zapomnieć. Wyginają się, oj wyginają i przeginają.

Zacząłem w końcu nowy kurs językowy na uniwersytecie. Po kolejnych nierowzwiązywalnych problemach, których doświadczyłem w sekretariacie (Włosi i Włoszki wiedzą zawsze najlepiej mimo, że postępują niesłusznie, wbrew prawom ekonomii i logiki, słów brakuje) jestem na nowo studentem. Plan zajęć zakłada codzienne pobudki z kurami więc skończę z opijaniem się wieczorami winem. Z przeciągającymi się kolacjami kończyć nie mam zamiaru. Grupa uczniów jest liczna, międzynarodowa. Zbyt liczna jak dla mnie, odpowiednio jednak zróżnicowana chociaż brakuje przedstawicieli obu Ameryk i Australii. Nie brakuje: siostry zakonnej, kilku przyszłych księży, śpiewaczki operowej, córki ambasadora i zadowolonej z życia pracownicy cukierni. Wiodąca nauczycielka jest przyjemna w obyciu, druga którą dane mi było do tej pory poznać jest szalona. Miałem do czynienia z różnymi wykładowcami i wykładowczyniami. Bywali szowinistami, bywały łatwodenerwowalne, bywali obłąkani (jak inaczej wyjaśnić stojącego na krześle doświadczonego wykładowcę pytającego niemile: "co wy sobie kurwa myślicie?"). U Nowej w oczach lekka schizofrenia. W głosie moc, która straszy, śpiew donośny. Ubrania w stylu dziecka kwiatu z lekką nutą inteligencji (len robi swoje). Wrażenie obcowania z osobą bezwstydną - zanotowane. Gdyby nie wypytywała studentów z Azji o stypendia i inne szczegóły pobytu, które przekładają się na rasistowskie zapędy zapałałbym uczuciem silnym. Na chwilę obecną wierzę, że lekcje z serii "kultura włoska" będą ciekawe.

Odwiedziłem dzisiaj park największy. Babciu! Baseny na ŚWIEŻYM powietrzu (chciałoby się napisać, wypada, zgodnie z prawdą - w upale godnym czeluści piekielnych, których podobno nie ma. Czeluści, nie upałów) przemawiają do mnie. Jestem na tak! Sprawdzę w piątek w praktyce czy woda ciepła. Tym akcentem kończę i wracam do krojenia naci pietruszki...

wtorek, 29 czerwca 2010

przechodniu spocznij sobie


Dni podczas upałów zwalniają tempo. To jedna z przyczyn, dla których nie przeniosłem się na kolejne dwa miesiące nauki włoskiego do Reggio di Calabria. Słońce nie sprzyja. Wielkie pakowanie dobytku nastąpiło jednak wczoraj. Zostałem z bagażem podręcznym, który zabieram na krótkie wakacje. Metą, po powrocie w kolejnym tygodniu będzie mieszkanie, które wynająłem. Zakochałem się w nowej dzielnicy od pierwszego wejrzenia. Pięćset metrów od pokoju jest ogromny park. Największy w jakim w życiu byłem. Babcia powtarza “w dupie byłeś, gówno widziałeś”. Co za logika wywodu! (Gdy przypominam wypowiedź zapiera się, że nic TAKIEGO nigdy nie mówiła. Stosuję w tej sytuacji taktykę powtarzania hasła aż doprowadzę Stefcię do łez śmiechu i przyzna mi rację. Nigdy z przymusu nie kupowałem “Małej książki o kupie”.) Widziałem kilka parków babciu! TEN był największy. Prócz boisk do rugby, koszykówki, baseballu, ramp dla łyżworolkarzy i rolkarek, miejsca przeznaczonego na akrobacje rowerowe można opalać się, biegać, korzystać z barów i odpoczywać. Już mi zielono. W niewielkiej odległości umiejscowiony będzie także pępek wydarzeń związanych z Umbria Jazz. Nie mogłem trafić lepiej.
Dzisiaj ostatnie zajęcia  na uniwersytecie i pożegnanie szalonej trupy. Panuje radość chociaż u większości wyjeżdżających tłumiony smutek.
Zadowolony jestem z czasu spędzonego w Perugii. Przyjechałem jako mim. Po dwóch miesiącach potrafię mówić. Za dwa tygodnie obchodził będę pierwszą rocznicę pierwszej lekcji języka. Dobry mim to martwy mim, nie szkoliłem talentu długo.

piątek, 25 czerwca 2010

ostra wakacyjna jazda


Życie zwalnia tempo w ostatnich dniach. Dla kogo ostatnich dla tych ostatnich. Kończy się dwumiesięczny kurs, w którym miałem szczęście uczestniczyć, większość moich aktualnych kolegów i koleżanek wyjeżdża. Poznałem trochę historii i osób, nauczyłem się od nich wiele. “Michał” po hebrajsku piszę z zamkniętymi oczami, prawie. Baletmistrze ze Stuttgartu, wojskowe koszary młodej Izraelki czy opowieści koreańskiego księdza zostają ze mną.
Ławy uniwersyteckie najbardziej oblegane są w lipcu i sierpniu, aktualnie uczelnia szykuje się na najazd obcokrajowców. Osobiście szykuję się na powtórkę z rozrywki. Mały test w poniedziałek rano i kolejny poziom językowy. Nastawiam się też na niedalekie celebracje różnego typu, zbieram więc siły. Plan jazdy napięty chociaż zadbałem o odpowiednią dawkę odpoczynku przy każdym punkcie z rozkładu jazdy:
Wyjazd na wieś. Nowa znajomość, która do tej pory przechodziła fazę wirtualną. Obwąchamy się, pogadamy, napijemy się wina i dobrze zjemy. Ot, weekend z dwoma kotami w tle.
Test, który wypada mi zaliczyć.
Omówienie testu, pamiątkowe zdjęcie z grupą majowo-czerwcową.
Przeprowadzka. Wolę myśleć o przyjemniejszych pracach niż przewożenie pięćdziesięciu kilogramów bagażu. Nie wliczam zapasu win.
Moje drobne święto, które spędzę w górzystym mieście kojarzącym mi się z Aspen. W Aspen nigdy nie byłem.
Kilka dni na łonie (MYMłonie) natury z dala od cywilizacji pomijając komputer bez dostępu do internetu i telewizor.
Nowy kurs językowy, uniwersyteckie znajomości… ale to już lipiec z Umbria Jazz w przerwach między lekcjami.
Chciałbym napisać do lipca cztery listy, dwa prawie limeryki, zadbać o dobrą strawę i lekturę. Już czuję się zmęczony a ledwie wymieniłem co następuje. Pomyśleć, że narzekałem podczas pracowitych lat. Nie wiem w końcu jak to było z tą przypowieścią – miało być siedem lat suchych a potem siedem lat mokrych? Biorąc pod uwagę ostatnie siedem lat, kiedy zarabiałem w ciągłym skupieniu i teraźniejszą wieczną ochotę na wino – aktualnie znajduję się w latach suchych!!! Bez dwóch zdań.
PS Widzę w statystykach odwiedzin, że ilość komentarzy jest odwrotnie proporcjonalna do ilości komentarzy. Nie zrażam się. Pamiętliwy nawet nie jestem, ALE (podczas czytania w myślach akcentowanie jest równie ważne) ku pamięci – lista postów, które chcę zamieścić: wystawa Hoppera, klub jamajski, warsztaty pracy twórczej w Italii, ostatnia wieczerza ze studentami, morderstwo wielkie prawie pod mym domem.

wierzę

Za kilka lat, kiedy wszyscy poza mną będą myśleć, że jestem stary otworzę koszt miernoty i zobaczę jak dobrze się bawiłem dusznego, czerwcowego wieczoru w Perugii.

środa, 23 czerwca 2010

może się zdarzyć


Polka z urodzenia, Obywatelka Świata z wyboru. Z przeszło sześćdziesięcioma wiosnami spaceruje ulicami Budapesztu w towarzystwie Francuskiego Kochanka (w domyśle żona + troje dzieci). Kochanek lat czterdzieści cztery myśli na głos i z przejęciem:
- Wiesz, nigdy w życiu nie szło mi się z kimś tak dobrze krok w krok
- Jaki jesteś biedny – pomyślała szukając słów odpowiedzi.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

rozdział kolejny


… w którym Xin okazuje się nieroztropnym bohaterem-współlokatorem.
Dym to łagodne określenie na kłęby czarnej mgły w kuchni, którą w wyniku nierozwagi i spalenia MOJEJ kafetiery przyszło mi dzisiaj oglądać. Machanie ręcznikiem w stronę okna to do prawdy ciekawe urozmaicenie wieczoru. Ćwiczeń fizycznych nie ma końca w realnym życiu, którego nie prowadzę. Oglądanie filmów w (s)pokoju nie rozbudza bynajmniej mięśni, a szkoda.
Z przerażeniem widzę, że ruchomych obrazów na długie, zimne wieczory mam coraz mniej. Zrobi się ciepło albo będzie wojna! Nie wiem jeszcze komu ją wytoczę. Mówi się tutaj “fa bel tempo”, może temu lub tej, która za tę pogodę odpowiada? (Pogodynce?)
W ostatni weekend zapadła pewna zapadnia. Po dzikich wizjach wyjazdu na południe (prawie do Afryki – Reggio di Calabria), zdecydowałem się ostatecznie zostać w Umbrii kolejne dwa miesiące. Znaczy to całkiem wiele. Planuję kontynuować swój dziennik podróży jak i naukę języka. Liczę na trafność powiedzenia, że jest czas, gdy trzeba inwestować, by potem odcinać kupony. Niestety powiedzenie nie trzyma się w tej chwili mej zawodnej pamięci. Zbieram w Italii swoje dziesięć tysięcy godzin na konto przyszłych sukcesów panie Gladwell! Rezygnacja z wynajmu dotychczasowego pokoju przekłada się na niedaleką wizję przeprowadzki. Przewrażliwiona właścicielka nie jest mi do szczęścia potrzebna, nie będziemy się więcej musieli oglądać. Zamieszkam w innej części miasta, bardziej oddalonej od uczelni. Nie dalej jak wczoraj ustaliłem szczegóły nowej współpracy. Zielono mi będzie, czekają mnie także w lipcu i sierpniu autobusowe wycieczki. Latem można poczuć wiatr we włosach nawet w publicznych środkach transportu. Nie wspomnę ani słowem o tym, co jeszcze w wysokich temperaturach można poczuć w autobusach, koncentruję się na pozytywach zmian. Planuję relaks w pierwszych dniach lipca w związku z wizją wakacji na uczelni. Przez kilka dni będę daleko od wi-fi, blisko zaś natury (i leków przeciwhistaminowych). W to mi graj życie!
Nowy zeszyt do włoskiego ma kartki z papieru z recyklingu. Na kremowych stronach występują w ilościach znacznych pomarańczowe, horyzontalnie wymalowane linie. Miękka, beżowa okładka z recyklingu wyrobów skórzanych jest miła w dotyku. Gramatyka ma porządną oprawę.

niedziela, 20 czerwca 2010

(s)prawa reportera


Brak samochodu w Italii skutecznie uniemożliwia poznanie wielu ciekawych miejsc na kulinarnej mapie Włoch. Zostają do dyspozycji samochody znajomych. “Gitana” to ładnie urządzona restauracjo-pizzeria znajdująca się 20 km na północny wschód od Perugii. Wystrój raczej nowoczesny chociaż bez zbędnych plastikowych detali, które królują obecnie na salonach. Ze zbędnym za to telewizorem na ścianie. Piłka rules!, i wszystko jasne. Antipasti ciekawe chociaż lekka kuchnia fusion = la cucina italiana + fast-food. Obok smażonych w głębokim tłuszczu nadziewanych oliwek czy małych mozzarelli leżały smażone w głębokim tłuszczu frytki. Więcej koszmarków nie pamiętam, za wszystkie kucharz powinien przeprosić. Jego wina! Zamówiłem pizzę po olbrzymiej porcji przekąsek. Nie przeszkadzały mi jednak antipasti w zaglądaniu widelcem to talerzy kolegów. Co ważne – im także mój widelec nie przeszkadzał. Próbowałem pasty w sosie z wódką, tortellini z mięsem i kawałkami kiełbasek w białym, gęstym, śmietanowym sosie, a także cielęciny i jagnięciny z grilla dobrze skropionych cytryną. Na moim talerzu uśmiechało się bardzo cienkie ciasto pizzy z sosem pomidorowym, mozzarellą i prosciutto, grubo obsypane rucolą. Szybko przestało się uśmiechać. Było pysznie i przyjemnie.
Z Perugii, dla “kosztu miernoty” pisałem
Ja

czwartek, 17 czerwca 2010

moda senza Trocadero


Z modą jest jak z urodą, myślę. Występuje na rynku taka różnorodność, że można nas ludzi podzielić jedynie na rasy, ewentualnie kolory. Żadne bardziej szczegółowe kalkulacje nie wchodzą w grę. Kultura chciała, że najbardziej „cenne” czy może „chodliwe” są jasne umaszczenia. Węszę i w tym temacie dużą dozę sezonowości. Sam zaliczam się do typu białego wpadającego w róż. Biały-kość słoniowa i oliwkowy to moje ulubione.
Trudno napisać jakie trendy w modzie włoskiej wiodą aktualnie prym. Przede wszystkim nosi się krótko. Strój biznesowy z długim rękawem i nogawką wciąż wzbudza we mnie myślenie, że Południowcy są ulepieni z innej gliny. Mogą przecież wytrzymać naświetlanie w pełnej zbroi. Prawdziwe życie glamour obserwuje się wieczorami. Markowych ciuchów widzi się sporo chociaż odkąd mam świadomość ile w perełkach turystycznych sprzedaje się podrabianej odzieży wiem, że oczy czasem wprowadzają w błąd. Plotka (a może poważne czasopismo, nie pamiętam) głosi, że manufaktura odzieżowa przenosi się z dalekich Chin do bliskiego Egiptu. Może będzie gorzej w tym temacie? Kwestia produkcji markowej odzieży to jednak temat na inną okazję. Z pewnością znaczna część dochodów Włoszek i Włochów przeznaczana jest na ubiór. W wątpliwość nikt zdania nie poddaje. Rozumieją je nawet doskonale co-po-nie-którzy.
Z powtarzających się krojów w modzie męskiej na ulicach Italii wyróżnić można spodnie „dresowe” z cienkiej bawełny. W przeciwieństwie do popularnych w Warszawie włoskie są zwężane ku dołowi, mają też atrapę suwaka i lepiej leżą. Warszawskie mają bardzo szerokie nogawki na całej długości, ponad wszystko przypominają spodnie od dresu. Nie można zarzuć przecież polskim chłopakom modnego stroju, tego się nie robi.
Pawie Alfa na Półwyspie Apenińskim spotkać można w obcisłych, dopasowanych koszulach, z obowiązkowo rozpiętymi guzikami pod szyją. (Szują?) Czasem ze złotym łańcuszkiem, dużą przywieszką. Wzór stereotypowo ubranego Włocha (to mógł być mój Luca Spaghetti!) poznałem kilka lat wcześniej. Mała dygresja. Środek lata, żar się leje z nieba. Chłopak ma długie, gęste, czarne, kręcone włosy związane z tyłu głowy. Różowa koszula z długimi rękawami rozpięta jest na torsie, niewiele brakuje do wyeksponowania pępka. Na szyi mieni się zawieszona na średniej grubości łańcuszku wydmuchana w złocie ryba z turkusowym okiem. Na ręku bransoleta, na udach obcisłe, niebieskie jeansy a na nogach? Oczywiście krótkie kowbojki! Kultura macho rządzi się własnymi prawami i zależnościami. Jest kolorowo, nie ma co narzekać.
Obcisłe fasony w modzie męskiej królują w ogóle. Po ortalionowych, bardzo połyskliwych i obszernych kurtkach ze ściągaczem w pasie przyszedł czas, gdy mogą wyeksponować to, nad czym pracują w pocie (nie tylko) czoła ragazzi. Fiolety i śliwy zdają się wychodzić powoli z mainstreamu, w zestawieniu ze śniadą karnacją pojawiają się jednak często. Do łask wracają ogrodniczki, to dopiero nowina! Dopasowane, nielujowate, w żadnym razie nie przypominają ubrań roboczych.
Muszę zrobić badania terenowe z kartką i długopisem bo więcej do napisania na ten moment nie mam. Mich, “(…) jak wielu eleganckich mężczyzn zawsze szedł na łatwiznę bo wiedział jakie to trudne”…