Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 maja 2012

Czytam


Polka zaprosiła mnie do zabawy. Nie lubię łańcuszków ale mocne wrażenie zrobił na mnie raport Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa więc chętnie przyłączam się do publicznych coming out'ów (wyjść 'z szafy/ukrycia') - tak, zdarza mi się czytać.



O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Najczęściej i najchętniej czytam, kiedy mam ochotę. Czytania nie pojmuję w wąskiej kategorii czytania książek – czytam hasła reklamowe, ulotki, napisy na koszulkach, małe druczki na umowach, ceny, gazety, wyczytuję blogi i komentarze. Książki też. Bardziej od czytania kręci mnie myślenie o tym, co przeczytałem.

Gdzie czytasz?
Wszędzie – trudno zamknąć się na znaki.

Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Lubię książki, które dają do myślenia – naukowe, popularnonaukowe, kucharskie. Stosunkowo rzadko sięgam po beletrystykę chociaż mam ulubione pozycje i w tej dziedzinie. Nie jestem dobry w wyliczaniu minionych-ulubionych, dla ilustracji na szybko wymienię Hańbę Coetzee, Dziennik Złodzieja Geneta, Własny pokój (i nie tylko) Woolf, utwory Wilde’a… lubię Woolf za opisy, Wilde’a za poczucie humoru i bawienie się konwencją, Gombrowicza – patrz Wilde, Szymborską za trafność. Czytam/czytałem biografie Marii Curii-Skłodowskiej, Virginii Woolf, osób którymi w danym momencie się interesuję (aktualnie Pankowski). Często dostaję impuls, rekomendację, zwykle zupełnie przypadkowo i odkopuję informacje dotyczące danego/ej autora/ki. Niejednokrotnie jeden/a autor/ka pociągnął/ęła za sobą całą plejadę gwiazd i gwiazdeczek.

Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś?
Ostatnią książką, którą kupiłem jest wywiad rzeka Tomasza Terlikowskiego z ks. Isakowiczem-Zaleskim „Chodzi mi tylko o prawdę”. Mnie chodzi o prawdę w konstruowaniu homoseksualnego Innego przez autora („oni”; „smutni panowie (i panie)”; „lobby”; „”radośni” samobójcy”) więc nie bieduję nad wydanymi złotówkami.
Ostatnio dostałem do przeczytania książkę, od której nie mogę się oderwać od wczoraj…

Co czytasz obecnie?
„Społeczne tworzenie ciała” Adama Buczkowskiego. Szalenie ciekawa pozycja. Autor skupia się na cywilizowaniu ciał (korzystając z kategorii płci kulturowych i biologicznych), ich racjonalizacji (medykalizacja!) i indywidualizowaniu. W rozdziale 2.2. Historia zapachu znalazłem ciekawe wątki, którymi podzielę się na blogu.

Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Używam „zakładek”. Zakładam książki biletami, ulotkami, ostatnio założyłem plikiem znaczków pocztowych, których później szukałem gdy były potrzebne pół godziny (wiedziałem, że są w którejś książce, nie wiedziałem w której). Nie lubię zaginać rogów, jeśli w książce jest potencjał do późniejszego wykorzystania – zaznaczam cytaty i piszę na marginesach ołówkiem. ‘Zakładki’ zwykle zostają w przeczytanych książkach. Ciekawe cytaty zdarza mi się przepisywać, nie mam pamięci do cudzych cytatów.

Ebook czy audiobook?
Nie przepadam za czytaniem z ekranu komputera chociaż to jedyna możliwość obcowania z blogami. Przeraża mnie jakość informacji w internecie. Kiedy na stronie internetowej opiniotwórczej stacji telewizyjnej czytam, że ‘Niezidentyfikowany nabywca kupił za ponad 90 milionów dolarów luksusowy, dwupiętrowy apartament na szczycie wieżowca na Manhattanie’, czuję niesmak. Jeśli jednak dalej ‘nie będą’ go/jej w stanie zidentyfikować a już zapłacił/a - chętnie zajmę się kawalerką!
Audiobooków przesłuchałem w życiu kilka (Ferdydurke Gombrowicza, czyta Piotr Fronczewski, kilka książek z zakresu psychologii sukcesu). Lubię Szymborską czytającą swoje wiersze choć generalnie wolę wytężać wzrok sam.


Jaka jest twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Książek w dzieciństwie miałem z bratem sporo. Tata pracował najpierw w antykwariacie, później, przez krótki czas, prowadził księgarnię (smutne, gdy pasja nie popłaca). To właśnie wtedy narodził się mój fetysz na punkcie papieru, typografii, liternictwa, narzędzi kreślarskich, kolorów i notesów... Notkę historyczną podaję nie bez powodu – prawie trzydzieści lat temu w Polsce nie było wolnej podaży książek.
Lubię baśnie Konopnickiej, które pamiętam z dzieciństwa, wiersze i wierszyki Tuwima, utwory Brzechwy. Godziny przesiadywałem jako dziecko w osiedlowej bibliotece. Dziwnym zrządzeniem Losu rzadko nawiązuję nić porozumienia z osobami, które mieszkając gdzieś nie znają swojego kodu pocztowego i nie potrafią wskazać najbliższej biblioteki. Piszę jak jest, bez zadęcia. Nie ze wszystkimi musimy się lubić.

Ulubiony cytat związany z książkami?
Brak. Czytając odkrywam światy.

Ciekaw jestem co i jak czyta MałgosiaAnoushka i Sarenka.

środa, 16 czerwca 2010

żywot marny w praktyce


Jest kilka miejsc, do których powinienem mieć utrudniony dostęp. Do takich należą księgarnie i sklepy z artykułami papierniczymi. Zostało mi z dzieciństwa, mam jednak na nie sposób. Wchodzę pewien siebie, oglądam pospiesznie co jest oferowane po czym jakby nigdy nic zmywam się szybko i odchodzę od sklepu jak najdalej. Choruję czasem po fakcie. We Florencji na przykład zachorowałem na album na fotografie, przybornik z materiału w kolorze śliwkowym i notatnik z kartkami z papieru czerpanego w czarnej oprawie. Mogłem sobie gwizdać na chorobę, nie wybieram się w najbliższym czasie do Toskanii. Nie przejmowałem się do dzisiaj, góra bowiem przyszła do Mahometa! W Perugii kilka dni temu otworzono wspaniały sklep z artykułami papierniczo-piśmienniczymi. Całkiem podobny do tego z Florencji. Szlag by trafił tę całą zabawę. Całkiem poważnie zastanawiam się teraz nad rezygnacją z kawy “na mieście” na rzecz kawałka materiału z dwoma nitowymi zatrzaskami i grubym pasem w paski za 21 euro. Mama powiedziałaby (mimo mojego wyrzeczenia i nie jej pieniędzy): “- Chyba cię pojebało”. Nie powiem więc mamie. Dobrze, że piję dużo kawy.
W kwestii księgarni – drogą kupna sprzedaży nabyłem “La signora Dalloway” Virginii Woolf. Czytam, rozumiem niewiele. Cieszę się jak dziecko, kiedy uda mi się przetłumaczyć bez słownika zdanie wielokrotnie złożone. Wiedziałem co robię gdy wybierałem lekturę. Kiedy będzie po wszystkim, przerzucę ostatnią kartę nikt mi nie zarzuci, że nie wiem o czym była książka. Bynajmniej nie przez podejrzenia o wtórny analfabetyzm.

piątek, 14 maja 2010

bo w szkole nigdy nie wie, o nie wie się


Przeżyłem wczoraj najciekawszą i najzabawniejszą lekcję w życiu. Fiorella, w otoczeniu grupy osób z połowy świata usadowionych w indywidualnych boksach ze słuchawkami i mikrofonami na głowach włączyła włoską piosenkę. Notowaliśmy frazy i usłyszane, rozpoznawane słowa. Kolejna runda to otrzymany tekst piosenki z lukami do wpisania brakujących wyrażeń. Następny odsłuch i test rozumienia przeczytanego tekstu. W piosence “ma twarz różową jak u dziecka”, na kartce do wyboru prawda/fałsz pytanie: czy kobieta, o której jest piosenka jest młoda?
La gran final – wspólne odśpiewanie! Fiorella rytmicznie poruszała dłonią w rytm utworu. W swoich białych oprawkach od Armaniego, beżowym płaszczyku i obcisłych jeansach wyglądała jak choreografka Britney Spears. Tak dobrze nie ruszaliśmy się zza naszych kokpitów, śpiewaliśmy za to pewnie podobnie czysto. Prawdziwe gwiazdy!
Weekend zapowiada się atrakcyjnie. Najpierw pięć godzin w pociągu z jedną przesiadką by niecałą dobę spędzić w Abruzji, prowincji l’Aquila (ta, z której pochodzi matka Madonny, sie czyta i oglonda, sie wie), w sobotę i niedzielę Lazio i Roma. Niedzielne święto upłynie pod znakiem białych wdzianek i dorastającej młodzieży. Pierwsza komunia w rodzinie, nie w kij dmuchał.
Liczę na dobre światło w weekend i niech nie pada. Dio fa bene mam nadzieję. Hasta la vista.

niedziela, 9 maja 2010

na stopniu etruskiego muru usiadła i płakała


To było mocne uderzenie. Zdarza mi się, że muzyka rezonuje w środku i przechodzi w ciarki na plecach, przeszywa jak mówię. Bywa też tak, że skrapla się w kilku słonych pod powieką łzach.
Zaczęło się obok Fontany Maggiore gdy przez szum tryskającej wody zaczął przebijać akordeon. Skierowałem się w stronę melodii od razu, by usłyszeć z bliska jeden z ulubionych instrumentów. Siadłem na stopniu jak zaczarowany. Spotkałem dziś akordeonistę, słyszałem dziś muzykę najpiękniejszą. Zręczne palce skakały po klawiszach z szybkością najlepszego wirtuoza. Cały był muzyką. Od czubków swoich czarnych, brudnych butów po koniec dredów na wysokości pasa. Od zdartych na piętach skórzanych glanów po wytarty melonik. Siadłem i słone prądy napłynęły do oczu. Wiele razy słyszałem akordeon. Na trendy imprezach w trendy barze ze ścianą wyłożoną butelkami podświetlonymi na różowo, koncertach większych i małych, na ulicach i w tramwajach. Ten akordeon był inny. Wychudzony chłopak był muzyką. Intensywność z jaką wydmuchiwał z instrumentu kolejne nuty zatrzymała prócz mnie kilka innych osób. Ekspresja z jaką grał i kwadratowe ruchy ciała obok płynnego falowania instrumentu przyśni mi się. Mam nadzieję.

czwartek, 6 maja 2010

24 godziny


Jadąc do Perugii myślałem, że wszystko się jakoś ułoży. Ułożyło się jakoś czyli szybko. Z życia wariata:
Wysłany z lotniska w Warszawie na portalu dla podróżników mail przyniósł skutek – odezwała się Olga, miła Polka studiująca w Perugii. Wskazała hostel i opisała drogę do celu. Mini-metro, które wygląda jak kolejka górska na szynach lub jedna z wielu dziwnych maszyn sunących slalomem po torach w wesołym miasteczku, potem winda strachów. Ot, cała droga do centrum miasta. Dotarłem do celu podróży na godzinę 21:30, błądząc wcześniej chwilę. Hostel przyjazny, łóżka niczego sobie, inni lokatorzy różni więc aparat i komputer zostawiłem w depozycie i… wybrałem się na domową imprezę. Nic to, że chwilę wcześniej resztką sił dźwigałem dwadzieścia dziewięć kilogramów bagażu, Olga i mieszkający w Perugii przyjaciele to przecież kopalnia wiedzy, pomyślałem. Nie było pudła. Sześć osób w akademiku, piw i win odpowiednio więcej. Towarzystwo płciowo mieszane łączące się w bólach byle najmniejszych (większych nie ma) wymagań stawianych przez wykładowców na uniwersytetach. Po odbiorze istotnych informacji udałem się na zasłużony nocleg. Więc, co można zrobić przez dwadzieścia cztery godziny w obcym mieście? Ano można:
- zapisać się na opłacony wcześniej kurs językowy. Próbowałem wyjaśnić w banku, na prośbę pani z sekretariatu kwestię pieniędzy które nie dotarły na rachunek odbiorcy przez dwa tygodnie. Okazało się, że signore w garniturze w otoczeniu wszystkich przynależnych placówce bankowej urządzeń potrafi zrobić kopię dowodu wpłaty i umówić się z uczelnią, że wyjaśni sprawę. Complicato! to kwestia garniturowca
- wysłuchać dwóch lekcji języka coraz bliższego, zadziwić się po raz kolejny innością życia i pracy w Italii
- polubić młodego Anglika, wesołego Libańczyka, w kwiecie wieku Niemkę i łysiejącego Australijczyka, inną Niemkę i dziewczynę z Izraela. Znielubić: troje Chińczyków i Koreańczyka. Krótko – poznać grupę językową. Dam sobie czas na obserwacje charakterologicznego tygla
- wyrobić kartę na stołówkę uniwersytecką. Liczę na uniesienia podniebienia. Zdarza mi się przeliczać
- odwiedzić bibliotekę, uniwersytet, informację turystyczną, pizzerię, kilka barów kawowych, punktów widokowych, lodziarnię
- finalmente: znaleźć pokój, sfinalizować umowę najmu. Misja uwieńczona sukcesem. Właśnie piszę z mojego nowego lokum z bezprzewodowym dostępem do wirtualnego świata. Wprawdzie z jednym garnkiem i patelnią, biorąc pod uwagę mojego nowego chińskiego kolegę z pokoju obok może być ciężko, znajdzie się jednak rozwiązanie i na tę kwestię. W Warszawie miałem cztery własne garnki tylko dla siebie plus patelnię, wok i bistecchierę. Na via delle Clarisse mam garnek o dziwnym kształcie, dwupalnikową kuchenkę, kolegę o imieniu Xin /szin/ i dwa biurka do własnej dyspozycji. Mam także w pokoju okno z widokiem na wielkie drzewo, za którym rozciąga się wspaniały widok na dolinę i pofałdowania terenu w oddali. O tym już innym razem.
Lazio i Umbria soczyście zielone, nim panujący kolor zmieni się na słomkowy będę cieszył się latem. Lubię planować, to takie niewłoskie.

środa, 5 maja 2010

rozsypka


Na zegarze wybiła kolejna północ a mi ciągle wydaje się, że jestem w totalnej rozsypce. Kończę się pakować chociaż mam wrażenie, że i tak o najbardziej przydatnych rzeczach zapomniałem. Nie mam wprawy w pakowaniu na kilkumiesięczne wyjazdy.
Nie mam (jeszcze) dokąd jechać. Dwie osoby z couch surfing odmówiły współpracy. Napisałem więc dzisiaj do chłopaka, który udzielił miło i konkretnie wskazówek w temacie pokoi do wynajęcia w Perugii. Odpowiedzi czekam, ostatecznie sprawdziłem adresy kilku hosteli. W tak zwanym międzyczasie czyli jutro rano, przed samym wylotem, spodziewam się telefonu z informacją czy będzie możliwe obejrzenie wieczorem pokoju do wynajęcia. Mapy google podpowiadają, że z mieszkania na uniwersytet droga pieszo zajmuje 20 minut. Już sobie wyobrażam zielone uliczki, które prowadzą codziennie do wiedzy. Ogłoszenie znalazłem w internecie, zdjęcie wprawdzie zaburza moją wolność wyznania ale w przemeblowaniach jestem całkiem niezły.
Kilka godzin snu i czas na wycieczkę. Dopiję herbatę, upchnę klika dodatków i mogę iść spać. W końcu magnolie już przekwitły.

sobota, 1 maja 2010

bezrobocie

Otworzyłem szybko oczy pierwszego dnia swojego bezrobocia i stwierdziłem, że trzeba brać się do roboty. Koniec przeprowadzki czeka.

piątek, 30 kwietnia 2010

finito


Kolejny raz okazuje się, że największą wartością firmy są ludzie, którzy w niej pracują. Autentycznie będzie mi brakować kilku osób, z którymi spędzałem blisko połowę roboczych dni. Coś się kończy, inne zaczyna. Ze wspomnieniami i dobrymi referencjami udaję się na wymarzoną przerwę.
Pozamiatane.
W ramach rozstania z Muranowem odwiedziłem ulubionego fotografa, podziękowałem Nauczycielce za lekcje włoskiego i udałem się na obiad do restauracji. Włoskiej, a jakże! Ulubioną cukiernię w Warszawie bowiem odhaczyłem wczoraj. Bliskie mi kąty szybko zmienią położenie na bliższe równikowi…

wtorek, 20 kwietnia 2010

dwa tygodnie do


Korespondencja z przedstawicielką uniwersytetu na dwa tygodnie przed kursem, którym jestem zainteresowany:
Warszawa, ja: znalazłem państwa ogłoszenie, zainteresowany jestem tym a tym. W Italii będę trochę później. Chcę także potwierdzić, że kosztuje tyle a tyle, pozdrawiam serdecznie. Ja
Perugia, Elisa: Dear student, może się pan spóźnić, byle nie więcej niż 3-4 dni. Potwierdzamy kwotę. Jeśli nie jest pan obywatelem UE prosimy o wizę. Możemy wysłać panu list akceptacyjny tylko po otrzymaniu pieniędzy i formularza zgłoszeniowego.
Warszawa: Dziękuję za szybką odpowiedź, jestem Polakiem, nie potrzebuję wizy. Chcę zapytać o plan zajęć. Proszę o przesłanie i dziękuję z góry. (za dwa tygodnie rozpoczynają się zajęcia)
Perugia: OK. Nie mamy planu zajęć ponieważ zależy on od poziomu nauki. Pozdrawiam serdecznie.
Warszawa: Proszę o przesłanie planu zajęć poziomu takiego a takiego dwumiesięcznego kursu zaczynającego się 3 maja. Bardzo ważne jest dla mnie zapoznanie się z rozkładem zajęć przed podpisaniem umowy.
Perugia: NIE. Nie mamy rozkładu zajęć na ten czas. (umowy też nie, tylko formularz zgłoszeniowy, który ma być przesłany wraz z potwierdzeniem zapłaty)
Warszawa: Proszę w takim wypadku o odpowiedź na pytania czy zajęcia odbywają się każdego dnia w tygodniu i trwają po tyle a tyle godzin? Zajęcia są poranne czy wieczorne? Nie chcę płacić przed otrzymaniem odpowiedzi na proste pytania dotyczące organizacji zajęć przez okres dwóch miesięcy.
Perugia: lekcje są rano i po południu!!! Jak napisałam nie mamy planu zajęć na maj.
Nie pozostało mi nic innego jak tylko w ciemno zrobić przelew za kurs. Takie to wszystko włoskie!

czwartek, 15 kwietnia 2010

myśl ulotna

Gdyby wolność rozumieć jako możliwość realizowanie własnego potencjału to całym sobą jestem teraz na etapie dążenia do wolności.

piątek, 2 kwietnia 2010

pierwsza data


Gdzie ten czas błogi, niesforny taki? Czas goni jak szalony w przeciwieństwie do śpiewu Madonny (time goes by so slowly, time goes by so slowly). Bilet kupiony, klamka zapała. 5 maja to dzień wyjazdu. Bilet w jedną stronę, lokum dalej brak. Pracuję nad tym wątkiem.
Robię przegląd książek i dochodzę do wniosku, że zabrałbym do tobołka wszystko co mam. Te pięć garnków, formę do muffinów, wagę kuchenną, zastawę, książki, ekspres, sprzęta elektroniczne i elektryczne, obrazy i obrazki, cztery kwiatki, kolekcję płyt z muzyką i filmami, buty i ubrania… Zostanę z jedną walizką i plecakiem, aparatem, kilkoma szmatami. Dobrze, że głowę planuję wziąć ze sobą. Z nią nie będzie najgorzej, może być nawet całkiem przyjemnie.
PS Elektra po kuracji rozśpiewana. Katia Kabanova czeka w kolejce, kilka filmów, instrukcja obsługi aparatu (jest coraz lepiej), rozliczenie PITu, taaaa

środa, 24 marca 2010

o-E na dobranoc


Scena I
teatr wielki opera narodowa
Elektra w jednym akcie. Krótka niczym dramat lub film obyczajowy. Mocna, głośna, wzburzająca krew w żyłach. Libretto na podstawie Sofoklesa po niemiecku co szczególnie nie cieszy. Dobrze, że są napisy. W końcu to nie opera kameralna, festiwal mozartowski, Uprowadzenie z Seraju, z którego wyłapałem “warum?” i kilka innych podobnego znaczenia dla fabuły zwrotów germańskich. Po kilku latach (szkolnej bo szkolnej ale) nauki mogę się wstydzić lub dalej utwierdzać w przekonaniu, że to język nie dla mnie. Podobno czego się nie lubi trzeba pokochać. Idę w zaparte, nikt mnie do kochania nie zmusi.
Lubię takie warszawskie wieczory. Ciepłe, z zaplanowanym wydarzeniem kulturalnym. Szczególnie cenię te samotne wyjścia, przy okazji których mogę dużo myśleć i nikt mi nie brzęczy nad uchem. Ja też nikomu nie brzęczę co jest (oczywiste!) minusem tych wyjść. Spaceruję, podsłuchuję przechodniów, robię przegląd ulicznej mody…
Prawie do perfekcji opanowałem sztukę korzystania z tanich biletów i zajmowania na nich drogich miejsc, nigdy przy tym nie będąc nachalnym. Mężczyzna obok twierdził, że “żona dała mu dziś kosza”, przyszedł sam. Nie musiałem się martwić, że spóźniony epizodyczny właściciel krzesła przeszkodzi mi w odbiorze. Po brawach prosiłem o przekazanie podziękowań żonie.
Dopuszczam scenariusz życia, w którym nie będzie mi dane otrzymywać zaproszeń do opery. Życzę wszystkim korzystającym z miejsc na zaproszenia w połowie tak udanych wieczorów jak moje, kiedy te miejsca wam podsiadam.
Elektra /Jeanne-Michele Charbonnet/ po chorobie, podziękowali za wyrozumiałość. Rzeczywiście nie zachwyciła, stwierdzam po spektaklu. Dziękowała za to bardzo serdecznie za brawa. Wzrusza mnie taka szczerość na scenie, tak rzadko zastana. Elektrze zdarzały się niezamierzone fałsze. Po kogucim pianiu czuję  się przez chwilę jakby zlany wiadrem zimnej wody, samotnie, z grymasem na twarzy. To dla “tego” tu przyszedłem? Częściej jednak, co w tym miejscu zauważyć należy, przy rzewnych kawałkach przeszywają mnie dźwięki, chodzą po mnie mrówki, skraplają się niektóre nutki w słone bezbarwne krople.
Klitemnestra, w którą wcieliła się Podleś Ewa (po dzisiejszym wieczorze zyskuje zacny przydomek Zblazowanej Damy) była zjawiskiem. Mocna rola dla mocnej matrony z kontraltem na wyposażeniu. Bajka.
Siostra Elektry Chryzotemis, którą śpiewała czysto i pięknym sopranem Danielle Halbwachs warta odnotowania; Orist(es) /Mark Schnaible/ charyzmatyczny.
Za tydzień sprawdzę, czy Elektra skuteczną podjęła kurację na gardło.
Scena II
przekąski zakąski, po premierze
-Przepraszam, czy czynne?
-Tak, jednak jeśli chce Pan zamówić alkohol to dopiero po dwudziestej drugiej.
-Nie, nie przeszkadza mi, że nie ma alkoholu. Espresso proszę z odrobiną ciepłego mleka.
W drzwiach wejściowych wzmacniana szyba stoi dostojnie mimo, że cała w zmarszczkach i głębokich bruzdach. W środku trzy osoby za barem, jedna na sali. Nigdy takiej niezręcznej sytuacji nie zastał w tym miejscu. Obsługa nie wie co się dziać będzie, lekko przestraszona nie wiem czemu. Miła pani oznajmia pojawiającym się z rzadka gościom, że alkohol to za pół godziny, ci wychodzą zdziwieni. Młoda para, prawdopodobnie też byli w operze chociaż chłopak w jeansach nie dają za wygraną. Dziewczyna:
-Bardzo proszę nalać nam dwa kieliszki wody skoro alkoholu nie ma. Byliśmy tutaj rok temu i przyszliśmy na jeden kieliszek w celu świętowania.
Zaskoczony barman pyta czy to nie żart. Nie, nie ma ukrytej kamery.
Miarowo wypijają po kieliszku, płacą 10 zł (2 złote ekstra, przecież napoje po 4 polskie złote), wychodzą zadowoleni. Chłopak rzuca dziewczynie w drzwiach:
-Popiłaś?
Scena III
jana pawła 2, po scenie II
Znalazłem grosz wbity w szczelinę między płytami chodnikowymi. Podniosłem, dwa razy nań chuchnąłem, wrzuciłem do kieszeni czarnego płaszcza. Poprawiłem kolorowy szalik. Zadowolony wróciłem do domu.
Jeszcze kilka tygodni i sezon oper za trzy grosze się skończy.

powoli doskwiera

Pięknie za stołecznym oknem, w Italii pewnie już zielono. Czekam z utęsknieniem skreślając w głowie kolejne dni przybliżające mnie do południowych krańców Europy.
Gdzie ja w ogóle lecę? Wczoraj wpadłem na pomysł czasowego powrotu do Trento, z którym wiążę bardzo miłe wspomnienia. Kłopotliwy jednak może być ten przystanek. Obiecuję sobie napisać mail z pytaniem o nocleg do Thorsena, który do końca lipca przebywa w Rzymie. Do czasu znalezienia pokoju, który za uczciwe pieniądze wynajmę miałbym się gdzie zatrzymać. Zawsze zostaje couchsurfing chociaż wolałbym rozbijać się na nieznanym z częścią bagażu, nie całym podróżnym dobytkiem.
Kiedy lecę? Drugie kłopotliwe pytanie. W maju, na początku. Okazyjny zakup jeszcze możliwy, jak długo?!
Do zrobienia:
rozliczenie mediów wynajmowanego obecnie mieszkania, kwestie ubezpieczenia (rezygnuję z pracy, jak tu się nie martwić), dokładna alokacja zebranych dóbr (pamiętaj żeby zrobić listę!), testament?, kupić aparat, zaszczepić się przeciw żółtaczce (rychło w czas, nie napiszę), odłożyć książki do zabrania ze sobą zamiast szukać ich potem po pudłach… PIT czeka nierozliczony a ja się zastanawiam co będzie w maju. Kara będzie! Szybsza niż boska.

wtorek, 23 marca 2010

duża taksówka


Jechał Warszawską Koleją Dojazdową "dumny niczym świnia w taksówce", jak mówi Marcin i mama Marcina. Kilkadziesiąt minut wcześniej złożył wypowiedzenie umowy o pracę na czas nieokreślony. Jeszcze miesiąc i zapomni o ostatnich prawie siedmiu latach pracy bez satysfakcji. Może ludzie ciekawi, a i w komforcie żył od pierwszego do ostatniego dnia każdego miesiąca. Bagatela 80 miesięcy.
Wystawi się na znane i nieznane. Niech się sprawdzi lub sczeźnie.

niedziela, 25 października 2009

Bella italia i po wszystkim



Zapukał do mnie czas podsumowań, zmagania się z losem, snucia planów i stawiania na jedną kartę. Przez ostatnie dwa miesiące mało gotowałem a już najmniej myślałem o jedzeniu. Potem wyczekane włoskie wakacje. Wróciła ochota na kolacje w dużym gronie przyjacielsko nastawionych osób, radosne gotowanie, pieczenie dla błysku przyjemności w oczach próbujących. Kuchnia mnie mobilizuje i uspokaja. Ciepło bijące z piekarnika i słodki zapach wodzi za nos. Ferie kolorów na talerzach przyprawiają o zawroty głowy i nagłe przypływy euforii. Trochę wina i winna jest noc za błogie stany świadomości.

Rozpoczynam cykl włoskich opowieści. Co kilka dni publikował będę przepis z mojej Italii. Będzie słodko, słono, pikantnie, nieoczekiwanie, zaskakująco, czasem może dziwnie przy niewygodnych połączeniach składników. Chętnie czytam komentarze, zachęcam do wymiany kliknięć.
Dzisiaj wróciłem więc będę tylko ja i chwila przyjemności.

sobota, 19 września 2009

Prywata powakacyjno-jesienna

Wakacje i po wakacjach. Słodkiego lenistwa nie było, raczej nerwówka przed złożeniem syntetycznej koncepcji biznesu w lipcu, sierpniowe narastanie zastrzeżeń w domu i wrześniowe rozstanie, ciągłe włoskie zawiłości języka i za krótkie weekendy przy długich dniach roboczych. Ot, lato z ciężkim końcem.
W kwestii, która utrzymywała w napięciu moją uwagę ostatnimi czasy uprzejmie donoszę, że udało mi się pokonać 1300 osób i stać się jednym z 185 uczestników/uczestniczek szkoleń prowadzących do unijnej skarbnicy. W niedalekiej przyszłości być może będę nawet grantobiorcą i otworzę własną działalność gospodarczą. Czas i umiejętności pokażą, niech wygrają najlepsi.
Projekt przyjmuje kryptonim "KULINARNA", staje się oczkiem w głowie i nieustannym zmartwieniem. W kolejnym tygodniu podpiszę umowę z organizatorem zamieszania i z pewnością czeka mnie dużo pracy do końca roku przy biznes planie. Chcecie wiedzieć więcej? Już niedługo. Będzie się działo.
Trudno się zebrać do pisania po długiej nieobecności. Obiecuję poprawę i przepis następną blotką. Pierwsze koty za płoty jednak – wróciłem.
PS W domu pachnie śliwkami, właśnie zakręciłem ostatni słoik. Gdy przyjdą chłody będzie pysznie z powidłami.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Wakacyjne zwroty akcji



Ostatniego pięknego z przerwą na burze weekendu przygniotło mnie zupełnie. Ciężar spadł i mimo, że spodziewany - Ogrom
dokonał spustoszenia solidnej podwaliny spokoju i równowagi w mojej głowie. Nie jest lekko. Z przyczyn obiektywnych (mamona) nie mogę zamknąć się na cztery spusty, dokończyć co chcę zrobić, odpocząć, cieszyć się sukcesami, które wkrótce przyjdą i wrócić jakby nic do zarobkowania. Z konieczności trzeba wybierać, jak się domyślać można wybory zwykle trudne.


Rodzina Curie (po raz kolejny) umiera w czytanej przeze mnie biografii, nowe książki piętrzą się stosami, listonosze donoszą nowe pozycje a panie na poczcie są nieuprzejme jak zwykle. Dodatkowy zeszyt z włoską gramatyką i słówkami leży jeszcze pachnąc nowością. Pies uczy się chodzić bez smyczy co nie jest łatwe przy erotycznym nastawieniu do życia (psa! nie mojego). Ciepło i przyjemnie a ja myślę tylko o jednym - jak uwolnić się od celów. Rozwiązanie jest banalne - wziąć się do roboty!

Spędziłem z Wami przyjemnie kawał czasu i jak nie lubię się żegnać tak niedomkniętych spraw nie lubię bardziej. Ogłaszam WAKACJE! Wkróce wkrótce, mam nadzieję że za miesiąc. W ramach lunchowych odwiedzin zaprzyjaźnionych stron będę się z pewnością pojawiał w komentarzach. Pewnie kilka razy zdarzy mi się upiec aktualne weekendowe chleby i buły jak w ostatniej edycji naszej wspólnej piekarni, nie ma jednak gwarancji, że znajdę czas na zdjęcia, wklejanie, pisanie. Jak w ostatniej edycji naszej wspólnej piekarni.

Ogłaszam co następuje:
1. praca w tematyce dyskryminacji kobiet na rynku pracy i związanymi z nią programami z pieniędzy cioci Unii: pisze się. Ja piszę
2. wniosek o grant na spełnienie jednego z marzeń, tu akcentuję - związanego z naszą wspólną pasją, której pachnące blogi dotyczą: pisze się. Ja piszę
3. lekcje włoskiego z panią Kosą z buldożkiem francuskim tak piekielnie brzydkim, że pięknym: odrabiam sumiennie, sam płacę, sam prosiłem.
Po czwarte. Przyjemnego lata!