Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2012

Spaghetti al limone


Kiedy przychodzi ochota na pastę niewiele potrzeba, by zaspokoić oczekiwania podniebienia.

Przeglądałem dzisiaj blogi kulinarne, których nie znałem. Przenosiłem się drobnym ruchem ręki i skurczami skomplikowanej struktury mięśni, gdy z mózgu płynął sygnał do kliknięca, do kilku obcych kuchni. W Polsce, na świecie... Nie mogę nadziwić się jak wszystko jest inne, od kiedy byłem dzieckiem. To nie sentymenty ani wzdychanie nad rzeczywistością, której nie ma i nigdy nie było. Jestem w ciągłym oniemieniu, nieustannie się dziwię.
Prawie dwadzieścia lat temu kasety magnetofonowe służyły sąsiadom/tkom do wgrywania gier typu 'kulki' do szarej klawiatury dumniej nazwanej Atari. Nie miałem komputera do czasu osiągnięcia prawnie uregulowanego progu dorosłości. Fascynowały mnie jednak zawsze nowinki techniczne. Jako nastolatek kupowałem z odkładanego kieszonkowego prasę im poświęconą. W jednym z numerów prezentowany był na okładce aparat cyfrowy na dyskietki. Ile zdjęć można było zapisać na 3,5 calowej dyskietce? Pewnie kilka, marnej jakości. Moich ówczesnych podziwów nad sprzętem nie było końca. Pamiętam dobry żart z późnego dzieciństwa - 'zgraj internet na dyskietkę!'. Nie pamiętam za to, w jaki sposób w domu znalazła się pierwsza standardowa klawiatura komputerowa. Może ktoś wyrzucał, wyrzucała i dostałem? Wpisywałem swoje imię i nazwisko udając, że piszę bezwzrokowo.

Dziś dyskietek nie ma w powszechnym użyciu, Kodak zbankrutował, dzieci nie widzą połączenia między kasetą magnetofonową a ołówkiem, widzą między ekranem w ścianie a pieniędzmi. Nie korzystam z kaset, magnetofonów szpulowych, gramofonów. Dzisiaj piszę bezwzrokowo, używam z telefonu, który mieści w połączeniu z siecią wiedzę i doświadczenia milijonów. Gotuję makaron, fotografuję na brudnym tarasie graniczącym z kuchnią a Bliski Mi Michał, Sławka i Paulina w Krakowie, Ania i Małgosia na Pomorzu, Żaba w Szwajcarii, Ewelina, Kasia, Marcin w Warszawie i wiele, wiele, wiele innych osób, które znam i nie, z najdalszych zakątków spojrzy na to, co przygotowałem. Zawiesi oko na dostosowanych do czasów 'kulkach', dzisiaj nitkach.

Szansę dostałem, korzystam z rozdania. Szanse są różne. Karty, którymi gramy, przyjmujemy, często są nieporównywalne. Tak bardzo zajęci jesteśmy grą, skupieni, że w ogóle się nad tym nie zastanawiamy. Słusznie. Zatrzymuję się jednak często przed przed czerwonym światłem lub odjeżdżającym autobusem... bo mi się życiowo nie spieszy.
Leżałem przedwczoraj i wczoraj na ziemi na ogrodzonym skrawku placu zabaw-parku przy domu ciesząc się słoneczną pogodą. Lubię chodzić boso po trawie.


Spaghetti al limone
1 porcja
Składniki:
120-150 g spaghetti (świetnie sprawdzi się jajeczne)
1,5 łyżki oliwy z oliwek dobrej jakości, extra virgine
łyżka parmezanu
pół cytryny
łyżka białego wina
kilka czarnych oliwek
świeżo, grubo mielony czarny pieprz

Makaron ugotowałem w dobrze osolonym wrzątku al dente.
W czasie, gdy makaron się gotował do głębokiego talerza wlałem oliwę, dodałem parmezan, delikatnie startą skórkę z połowy wyszorowanej cytryny (najlepiej niewoskowanej), wkropiłem trochę cytrynowego soku, dodałem wino, pokrojone czarne oliwki (użyłem drylowanych ze słoiczka).

Odsączoną z wody na durszlaku pastę przełożyłem na talerz, dobrze wymieszałem dwoma widelcami z przygotowanym połączeniem pozostałych składników.
Posypałem gotowe danie odrobiną parmezanu i dobrze doprawiłem grubo mielonym pieprzem.
Do talerza świetnie pasuje schłodzone białe lub różowe wino.

środa, 23 maja 2012

Tagliolini ze szpinakiem i czarnymi oliwkami


Dziś wzywają mnie teorie socjologiczne więc wpadam na blog na jeden moment. Sądna godzina sprawdzianu wiedzy blisko. Dzisiejszy rozsądny obiad w załączeniu.


Pasta ze szpinakiem i czarnymi oliwkami
Pasta con spinaci e olive nere
Pasta with spinach and black olives

1 porcja
Składniki:
150-200 g świeżej pasty (u mnie tagliolini w dwóch kolorach - zielone, ze szpinakiem)
2 łyżki oliwy
ząbek czosnku
wielka garść szpinaku
garstka czarnych oliwek ze słoiczka
2 łyżki śmietanki
czarny pieprz, sól
łyżka parmezanu

Na osolony wrzątek wrzuciłem pastę - gotowałem 4 minuty.
Na patelni podsmażyłem chwilę drobno pokrojony czosnek, dodałem szpinak. Lekko mieszałem podgrzewając całość. Kiedy szpinak stracił na objętości dolałem śmietankę, dorzuciłem pokrojone czarne oliwki, dodałem pieprz. Zagotowałem.
Na patelnię przełożyłem osączony na sicie, ugotowany makaron. Wymieszałem sosem, przełożyłem na talerz. Gotowe danie posypałem tartym parmezanem.

poniedziałek, 21 maja 2012

Pappardelle z pomidorkami i rukolą


Nie wiem w co ręce włożyć. Od 6.30 jestem na szybkich obrotach a wciąż pojawiają się kolejne dziwne historie, którymi natychmiast trzeba się zająć. Jeszcze raz usłyszę, że jako 'bezrobotny (wypraszam sobie, robotny jestem nadto!) nie mam co robić', zrobię się zły nie na żarty. Ktoś traci mieszkanie, kto inny potrzebuje na już-teraz dokumentów i zaświadczeń, kolejna pracy zaliczeniowej...

Wróciłem do domu głodny. Czasem miałbym ochotę dostać pod nos przygotowany przez kogo innego/którą inną obiad. Póki co gotuję dla siebie i sobie serwuję. Jeszcze chwila i wszystko się zmieni. Hmm...wiem komu będę gotował i kto ugotuje mi, nie wiemy jednak jeszcze gdzie, ot mały szczegół.
Do rzeczy!
Zamknąłem za drzwiami biurko dokładnie obłożone papierami, telefonami, drukarką, zdjęciami, czym tylko i poszedłem do kuchni zrobić do jedzenia coś z niczego. Warte polecenia COŚ!


Pappardelle z pomidorkami wiśniowymi i rukolą
Pasta con pomodorini freschi e rucola
Pasta with cherry tomatoes and arugula

1 porcja
Składniki:
150-200 g świeżej pasty- u mnie pappardelle
2 łyżki oliwy z oliwek + łyżka do skropienia gotowego dania
mały ząbek czosnku
5 pomidorków wiśniowych
duża garść rukoli (rokietty siewnej)
łyżeczka kaparów

Na osolony wrzątek wrzuciłem pastę - gotowałem pappardelle 4 minuty.

W oczekiwaniu na zagotowanie wody i gotową pastę, na oliwie, na małym ogniu podsmażyłem przez chwilę pokrojony drobno ząbek czosnku, dodałem przekrojone na pół pomidorki wiśniowe. Delikatnie lawirując patelnią obracałem pomidorki i mieszałem sok, który puszczały z oliwą. Po kilku minutach (ok 4) dodałem rukolę, kapary (kapary ze słoiczka należy lekko osuszyć, te konserwowane w soli natomiast przepłukać).
Podgrzałem całość mieszając delikatnie. Odcedzone na durszlaku pappardelle przerzuciłem na patelnię, delikatnie wymieszałem całość, przełożyłem na talerz.
Skropiłem delikatnie oliwą.

Smacznego!

poniedziałek, 14 maja 2012

Sos pomidorowy - podstawy


Lubię kuchnię włoską za bezpretensjonalność. Sos pomidorowy podany na przelanych wodą, rozgotowanych kluchach 'bo-tak-ładniej-wygląda' serwuje się w Polsce cichym i sztywnym, jakby połknęli kije od szczotek biesiadnikom. Pasta oblepiająca każdą nitkę spaghetti, ciągnąca się mozzarella, warzywa wmieszane z sos, oliwa, gwar... z tym kojarzy mi się włoskie jedzenie pasty - ze smakiem i serwetkami, z szałem kubków smakowych, kiedy oderwany kawałek chleba zbiera ostatki sosu z talerza.

Pisałem wczoraj krótko o pasji i jej odbiorze. Rozczulają mnie i przyciągają jak magnes osoby zachwycające się nad tym co na łyżce, czy nakłute na widelec. Antonio Carluccio i Gennaro Contaldo w programie 'Two Greedy Italians', który emitowało BBC podróżowali po Włoszech w poszukiwaniu wspomnień związanych z dzieciństwem spędzonym na Półwyspie (obaj przenieśli się do Anglii). Mimo, że teatralnie odgrywali zachwyt nad każdym talerzem - jest coś wspaniałego w radości z posiłku. Rusza mnie to. Pomysł na tytuł dla mojego wirtualnego kąta pojawił się po którymś z odcinków wyprawy Antonio i Gennaro do Italii. Sam też jestem zachłanny na jedzenie, łakomy wręcz.

Gotowanie sprawia mi dużo radości. Nie mam problemu z wymyślaniem kombinacji chociaż nie raz, nie dwa zdarzyło mi się jeść potrawy (z zasady nie wyrzucam jedzenia), które sam przyrządziłem ale... nie próbowałem nawet zapisać ich w pamięci. Błędy uczą najwięcej, nie przestanę eksperymentować.
Widziałem też w kuchni, nie tylko swojej, wiele: nieumiejętność ugotowania ziemniaków, krojenie na desce do krojenia foliowej paczki ze spaghetti w poprzek, na pół, 'bo-łatwiej-będzie-się-jadło' [Piotrek - dziękuję za obiad!] czy miałem styczność z bardzo ograniczonym, nieustannie powtarzanym domowym menu wzbogacanym czy wręcz bazującym na sosach ze słoika, gotowych, zamrożonych daniach, parówkach ['Michał! Tam jest pies z budą zmielony!'- Monia, uwielbiam ten cytat z Ciebie, pozdrowienia ślę mocarne!].

Etykietuję/taguję przepisy jak dzisiejszy - na szybki sos pomidorowy na bazie pomidorów z puszki - 'podstawy'. Dla osób, które potrzebują jasnych wskazówek w kuchni, stresują się, spinają a jednak z jakiś powodów czekają aż wyjdzie, aż tym razem się uda. To bardzo cenne.

Sos pomidorowy
Sos pomidorowy
Sugo di pomodoro
Basic tomato sauce

Składniki:
2 łyżki oliwy z oliwek
mały ząbek czosnku
puszka pomidorów (w wersji super szybkiej - krojonych)
łyżeczka octu balsamicznego
płaska łyżeczka cukru
duża szczypta suszonego oregano (lub kilka świeżych listków)
duża szczypta suszonej bazylii (lub kilka świeżych listków)
sól

Kroję drobno czosnek, wrzucam na ciepłą oliwę na patelni, podsmażam chwilę na małym ogniu (minuta, dwie, czosnek nie powinien się rumienić). Kolejno wylewam na patelnię zawartość puszki. Do 'pustej' puszki wlewam odrobinę (40-60 ml) wody, zbieram osiadły na bokach sos kołysząc nią i dolewam całość do pomidorów na patelni. Łyżką odkrajam zgrubienia z górnej części pomidorów, wyławiam ewentualne skórki. Rozdrabniam pomidory i gotuję całość na wolnym ogniu. Do kilku minutach dodaję ocet balsamiczny, cukier i przyprawy, całość gotuję jeszcze do zgęstnienia sosu i miękkości kawałków pomidorów (całkowity czas gotowania to ponad 10 minut). Gdy dodaję świeże zioła rwę listki na kawałeczki i dorzucam do sosu na sam koniec gotowania, w momencie, gdy wyłączam już gaz spod patelni. Na koniec solę sos do smaku.

Przepis niedługo zostanie wykorzystany na blogu w jednym z moich ulubionych dań śniadaniowych.

środa, 4 sierpnia 2010

Pasta tricolore

Gdy widzę cyfrę pięć w liczbie tygodni, które upłynęły od ostatniego postu włosy stają mi dęba. Kiedy ten czas mija? Niepojęte. Mozolnie ale z sukcesem wziąłem się w bieżącym tygodniu za nadrabianie zaległości. Intensywność życia studenckiego nie pozwala mi wprawdzie kontynuować (póki co) wątku włoskiej wycieczki ale z pewnością do niego wrócę. O zajęciach piszę oczywiście i pracach domowych, żeby nie było.

Od kiedy zacząłem uczęszczać na lekcje związane z kulturą włoską, przepadłem bez reszty. Od czasu zaś, kiedy zmieniłem mieszkanie na bardziej komfortowe, z dala od centrum i opryskliwej właścicielki, z dobrze wyposażoną kuchnią - rosnę w oczach (o zgrozo!). Dwa razy dziennie gotuję zgodnie z włoskim prikazem. Przerobiłem pół książki J. Oliviera, ćwierć przepisów z książki Małgorzaty Caprari plus wyszukuję nowe w prasie lub podpytuję tubylców i tubylczynie o ulubione potrawy. Odpuściłem sobie fotografowanie w lipcu ale co się odwlecze to nie uciecze. Sprawdzone, dobre przepisy na stałe wchodzą do repertuaru. Nie ma pośpiechu z publikacją.
Słów kilka Wróbla Ćwirka plus przepis:


Pasta tricolore
porcja dla 2 osób

2 łyżki oliwy z oliwek extra vergine
1 cebula
150 g ricotty z mleka krowiego lub innego delikatnego serka
40 g pomidorków cherry
garść rukoli lub bazylii
2 łyżki kaparów w soli
sól, pieprz
250 g pasty (wykorzystałem tradycyjną toskańską z dodatkiem pomidorów, stąd czerwony kolor na fotografii)

Ugotowałem pastę w osolonej wodzie. W tym czasie przygotowałem salsę: podsmażyłem pokrojoną drobno cebulę na oliwie, dodałem opłukane z soli kapary, pokrojone w połówki pomidorki i smażyłem całość 5-7 minut. Odsączoną pastę przerzuciłem na patelnię. Dodałem ricottę i garść rukoli. Dobrze wymieszałem. Doprawiłem na talerzu pieprzem i solą. Za sprawą serka danie jest słodkawe, przyjemnie jednak rozpływa się w ustach Drogi Pamiętniczku.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Bucatini z małżami i cukinią w biegu

Czuję, że jeszcze chwila i moje wakacje od aromatycznego zamienią się w wieczną rozłąkę. Zdjęcia z ostatniego postu są przytłaczające... postanowiłem zadziałać ad hoc i wprowadzić trochę koloru plus przepis. Bucatini to mój ulubiony "długi" makaron. Podobny do spaghetti, każda bierka jednak z dziurką.


Bucatini z małżami i cukinią
składniki na 3-4 porcje

opakowanie makaronu bucatini
2 małe cukinie
małże (200 g, mogą być mrożone)
duży ząbek czosnku
peperoncino do smaku
sok z cytryny
łyżka oleju o neutralnym smaku (może być słonecznikowy)
2-3 łyżki łagodnej oliwy z oliwek

W dużej ilości osolonej wody gotowałem makaron. W tym czasie: małże po rozmrożeniu skropiłem obficie sokiem z cytryny, odstawiłem. Na łyżce oleju lekko podsmażyłem pokrojony ząbek czosnku, dodałem pokrojoną cukinię. Po chwili przełożyłem zawartość patelni do talerza. W rozgrzanym naczyniu usmażyłem małże, wymieszałem z przygotowaną wcześniej cukinią i ugotowanym al dente makaronem. Doprawiłem suszonym peperoncino i oliwą z oliwek o łagodnym aromacie.
Gotowe. Szybkie i pyszne. Do pasty z owocami morza NIE dodaje się tartego sera.


W ostatni weekend byłem w stolicy Toskanii, kolejny przystanek naszej włoskiej wycieczki będzie o tym regionie. W piątek wyjeżdżam odwiedzić Rzym (Hopper czeka tylko do niedzieli!) i Abruzję. Ciągle jestem zabiegany i nie mam wiele czasu na zgłębianie kulinarnej wiedzy. Kosztuję, próbuję i smakuję - co się odwlecze to nie uciecze. Stęsknionych mej skromnej osoby zapraszam na kosztmiernoty.wordpress.com [nieaktualne - red.]. Chętnie przyjmuję komentarze bo gadułą jestem wciąż i niezmiennie a blog prowadzę z większą regularnością.


Serdeczności wiele!

niedziela, 21 marca 2010

Aglio, olio e lenistwo

Siedzę (na wpół leżę, podobnie jak mój pies w tej chwili), po obiedzie, z garścią solonych pistacji i drugim dzisiaj espresso. W głośnikach arie romantyczne Kaufmanna, po Lizie Minelli. Mam ochotę pisać zanim przejdę do meritum czyli dzisiejszego obiadu, który właśnie zniknął. Niezainteresowanych wycieczkami prywaty w rejony blogosfery odsyłam kilka linii niżej.



Niedziela się sączy, uwielbiam takie niedziele. Czesław-Pies-Mój-Jedyny gości od tygodnia przynosząc dużo radości i pozytywów, które z posiadaniem psa się wiążą. Za oknem przyjemnie, może tylko za dużo błota. Dość ciepło jednak i wieje wiosną z zachodu. Dwukrotnie dzisiejszej niedzieli leżeliśmy z Czesławem i książką. Jeden spał drapany za miękkim uchem, drugi śmiał się co chwila z przygód Elizabeth Gilbert w Italii. Nic nie pogania, do niczego się nie spieszy. Myśli krążą po swoich niesubordynowanych orbitach w weekendowym słodkim nieróbstwie. Czekam popołudniowej herbaty z gościem, może zrobię truskawkową delicję? „Jak bozia da”, jak mówi moja babcia Stefcia. Może. Mógłbym być czasem panią Crowe z ostatniego eseju w tomiku „Widoki Londynu” Virginii Woolf. Dostarczała sobie rozrywki i układała świat tak, by codziennie otrzymywać świeżą porcję informacji ze stolicy przyjmując lunchem lub popołudniową herbatą sąsiadów i ważne osobistości przez sześćdziesiąt lat. Londyn bez niej podobno nigdy nie będzie taki sam. Londyn jednak pozostał, pani Crowe odeszła. 

W błogostanie nie planuję. Trzymam się mocno fotela żeby nie wstać i nie rozliczyć PITu, uprzątnąć dokumentów, zrobić kolejnego podejścia do porządków w płytach. W zamian leżę i się cieszę. –Frajer – szepce do ucha commercialista. – Leń – w drugim uchu głos rozsądku naganiany realiami XXI wieku, ery informacji. Ding-dong: technologia zmienia się co kilka minut!
Niech sobie gadają, i tak zrobię swoje. Nikomu na przekór, po swojemu zrobię, jak zawsze.

Dzisiejszy obiad to klasyczne aglio olio e peperoncino wzbogacone o dobra, które znalazłem w lodówce i na parapecie. W sam raz na błogie, niezaplanowane popołudnia, kiedy najważniejsza na świecie jest ulubiona aria, dogłaskany pies (czy psy można zagłaskać?) i wypoczęty kręgosłup. Mam świeże peperoncino i czosnek mam, nie miałem jednak cierpliwości do krojenia, wybrałem składniki suche. Na kanapie leży leń? 



Aglio, olio e peperoncino +
składniki na 1 porcję: 

niewiele spaghetti

mieszanka przypraw:
po szczypcie suszonego czosnku w płatkach
krojonego peperoncino
oregano 


świeża pietruszka
świeża bazylia
suszony pomidor z oliwy
2 łyżki oliwy extra virgine
1 łyżka gotującej się wody, w której gotuje się makaron

peccorino sardo lub inny twardy ser

Ugotowałem al dente spaghetti w osolonej wodzie. W dużym kieliszku wymieszałem przyprawy, zalałem oliwą, dodałem gorącej wody, w której gotował się makaron. Dorzuciłem pokrojony pomidor, nać pietruszki i bazylię. Odstawiłem. Odcedziłem makaron, włożyłem z powrotem do gorącego garnka, zalałem oliwą z dodatkami, dokładnie wymieszałem. Starłem nad talerzem trochę sera i zjadłem ze smakiem. Ot, cała filozofia.


Carpe diem? Nie, chwilo trwaj!

piątek, 30 października 2009

Penne alla vodka


Kuchnia włoska jest smaczna i prosta. Brzmi jak kiepski slogan z reklamy proszku, który wymieszany z wodą przeradza się po 5 minutach w "prawdziwy sos". Jakkolwiek by nie brzmiało - tak jest. W trattoriach i restauracjach menu nie przeraża. Można sobie wyobrazić przygotowanie wszystkich dań we własnej kuchni, choćby małej, choćby ciasnej. Oczywiście znamy przypadki, gdy z sukcesem zrobiono wiele przepisów kuchni francuskiej narzucając sobie roczny deadline, w przypadku la cucina italiana sprawa byłaby prostsza. Nie często spędzam długie godziny przygotowując niedzielny polski obiad. Często za to dobrze wychodzi mi przygotowanie kilku włoskich potraw w godzinę, no - z deserem w godzinę w kwadrans:)

Carbonara z poprzedniej blotki nie jest tradycyjną potrawą, nie ma długiej tradycji na włoskich stołach. Nie inaczej jest z dzisiejszym pierwszym daniem. Będą penne, jakie? Z wódką będą. Z alkoholem i wędzonym łososiem lub tuńczykiem. Kilka dobrej jakości składników i rezultat gwarantowany. Wszystko w czasie ugotowania pasty. Pamiętamy - al dente!



Penne alla vodka

Składniki:
500 g penne
60 g wędzonego łososia/ tuńczyka z oliwy
(ok. 150ml) śmietanka
koncentrat pomidorowy
30 ml wódki
łyżka oliwy
pieprz, sól

Tuńczyka rozdrobniłem (ewent. łososia kroimy w małe kawałki), podsmażyłem na łyżce oliwy na małym ogniu. Dodałem śmietankę i koncentrat pomidorowy - tyle, by całość przybrała jasnoróżowy kolor. Przepraszam ale proporcje są raczej, hmm... płynne - przepis pochodzi z głowy mojej kulinarnej gospodyni. Przy łososiu powstała mieszanina wygląda nawet bardziej apetycznie, u mnie jednak był tuńczyk. Chwilę wszystko pogotowałem po czym, na sam koniec gotowania dodałem kieliszek wódki. Nie chciałem, by alkohol odparował więc już nie zagotowałem sosu ponownie.

Penne gotowe al dente z wody z dodatkiem soli odcedziłem (nie przelewamy zimną wodą!) i wymieszałem z gorącym sosem. Całość do bezpośredniego podania po przygotowaniu.

Podobne danie widziałem w menu jednej z rzymskich restauracji na Zatybrzu (Trastevere). Mam dla Was jeszcze jedno danie z alkoholem - za ładnych kilka blotek będzie pasta al cognac. Dziwne, jeszcze przed chwilą miałem wrażenie że to wina opiłem się za wsze czasy a okazuje się, że nie stroniłem także od wysokich procentów. Urlopowa dyspensa.


wtorek, 27 października 2009

Pasta alla carbonara



Pierwszy talerz we Włoszech to pasta pod różnymi postaciami. Urozmaicana pomidorowym sugo, sosami śmietanowymi albo na przykład jajkiem i dodatkiem mięsnym. Dzisiaj właśnie o tym połączeniu. CARBONARA - dla lubiących jajecznicę na mięsie i makaron na jednym talerzu. Nie byle jaką jednak jajecznicę.

Nie jest to wprawdzie przepis przenoszony z dziada pradziada bo jak podpowiada wiki pierwsze wzmianki o tej potrawie w kuchni włoskiej sięgają zaledwie połowy XX wieku. Legendy miejskie podpowiadają, że zostawili go amerykańscy żołnierze. Lubię jednak to danie. Z dobrej jakości składników wyczarować można w kilka chwil sycące połączenie. Na co dzień nie często przygotowuję kilkudaniowe obiady. W moim magicznym domu wszystko się zdarzyć może, same zmyślają się historie... podawać pastę się solo może.

Od ponad dziesięciu lat mam przyjemność obcowania z kuchnią włoską. W wieku lat kilkunastu diametralnie, na włoską (smakową) nutę, zmieniły się posiłki w domu rodzinnym. Od kilku ładnych wiosen za to goszczę we Włoszech przynajmniej raz do roku czerpiąc z jedzenia i życia ile mogę. Styczeń 2009 był miesiącem Neapolu i Południa, październik za to Rzymu i małych miasteczek na stokach gór w pół drogi między Rzymem a Neapolem - Arce, Cassino, Fontana Liri, Sora czy Arpino. O przygodach jeszcze napiszę, teraz czas na przepis.

Pasta alla carbonara

Składniki:
pasta (na zdjęciu fettuccine)
cebula
pancetta (boczek/bekon)
parmigiano reggiano/pecorino romano
nać pietruszki
białe wino
czarny pieprz

Makaron gotuję w osolonej wodzie.
Podsmażam pokrojoną w drobne plasterki cebulę, dodaje pancettę i dalej smażę. Dodaję kilka łyżek wody z gotującej się pasty, białego wina. Zagotowuję, redukuję i wyłączam płomień. Dodaję pokrojoną nać i świeżo mielony pieprz. Odstawiam.
W osobnym naczyniu ubijam jajko, dodaję drobno starty ser.
Gdy makaron będzie gotowy, odcedzam (nie przelewamy wodą!), wrzucam z powrotem do garnka. Do pasty dodaję masę jajeczną i podsmażone mięso. Dobrze rozprowadzam. Gorące fettuccine szybko sprawią, że jajka się zetną. Podaję od razu.

Celowo nie podałem proporcji składników. Osobiście lubię tak: na ok. 250 g makaronu 1 jajko, pół średniej cebuli, 2 kopiaste łyżki sera, kilka łyżek pancetty i dużo pietruszki (chociaż tym razem była w deficycie)- taka hmm... kaloryczna wersja. Polecam testy i szukanie ulubionych proporcji.

Winien jestem opisu serów, mięs czy składników, których będę używał a u nas są trudniej dostępne albo występują w innej postaci. Postaram się robić odnośniki do opisów w internecie a przy dobrych wiatrach będzie blotka.

Zostawiam Was z talerzem pachnącym smażonymi wiejskimi jajkami, zesmażoną pancettą i żółtym, świeżym makaronem.