wtorek, 29 czerwca 2010

przechodniu spocznij sobie


Dni podczas upałów zwalniają tempo. To jedna z przyczyn, dla których nie przeniosłem się na kolejne dwa miesiące nauki włoskiego do Reggio di Calabria. Słońce nie sprzyja. Wielkie pakowanie dobytku nastąpiło jednak wczoraj. Zostałem z bagażem podręcznym, który zabieram na krótkie wakacje. Metą, po powrocie w kolejnym tygodniu będzie mieszkanie, które wynająłem. Zakochałem się w nowej dzielnicy od pierwszego wejrzenia. Pięćset metrów od pokoju jest ogromny park. Największy w jakim w życiu byłem. Babcia powtarza “w dupie byłeś, gówno widziałeś”. Co za logika wywodu! (Gdy przypominam wypowiedź zapiera się, że nic TAKIEGO nigdy nie mówiła. Stosuję w tej sytuacji taktykę powtarzania hasła aż doprowadzę Stefcię do łez śmiechu i przyzna mi rację. Nigdy z przymusu nie kupowałem “Małej książki o kupie”.) Widziałem kilka parków babciu! TEN był największy. Prócz boisk do rugby, koszykówki, baseballu, ramp dla łyżworolkarzy i rolkarek, miejsca przeznaczonego na akrobacje rowerowe można opalać się, biegać, korzystać z barów i odpoczywać. Już mi zielono. W niewielkiej odległości umiejscowiony będzie także pępek wydarzeń związanych z Umbria Jazz. Nie mogłem trafić lepiej.
Dzisiaj ostatnie zajęcia  na uniwersytecie i pożegnanie szalonej trupy. Panuje radość chociaż u większości wyjeżdżających tłumiony smutek.
Zadowolony jestem z czasu spędzonego w Perugii. Przyjechałem jako mim. Po dwóch miesiącach potrafię mówić. Za dwa tygodnie obchodził będę pierwszą rocznicę pierwszej lekcji języka. Dobry mim to martwy mim, nie szkoliłem talentu długo.

piątek, 25 czerwca 2010

ostra wakacyjna jazda


Życie zwalnia tempo w ostatnich dniach. Dla kogo ostatnich dla tych ostatnich. Kończy się dwumiesięczny kurs, w którym miałem szczęście uczestniczyć, większość moich aktualnych kolegów i koleżanek wyjeżdża. Poznałem trochę historii i osób, nauczyłem się od nich wiele. “Michał” po hebrajsku piszę z zamkniętymi oczami, prawie. Baletmistrze ze Stuttgartu, wojskowe koszary młodej Izraelki czy opowieści koreańskiego księdza zostają ze mną.
Ławy uniwersyteckie najbardziej oblegane są w lipcu i sierpniu, aktualnie uczelnia szykuje się na najazd obcokrajowców. Osobiście szykuję się na powtórkę z rozrywki. Mały test w poniedziałek rano i kolejny poziom językowy. Nastawiam się też na niedalekie celebracje różnego typu, zbieram więc siły. Plan jazdy napięty chociaż zadbałem o odpowiednią dawkę odpoczynku przy każdym punkcie z rozkładu jazdy:
Wyjazd na wieś. Nowa znajomość, która do tej pory przechodziła fazę wirtualną. Obwąchamy się, pogadamy, napijemy się wina i dobrze zjemy. Ot, weekend z dwoma kotami w tle.
Test, który wypada mi zaliczyć.
Omówienie testu, pamiątkowe zdjęcie z grupą majowo-czerwcową.
Przeprowadzka. Wolę myśleć o przyjemniejszych pracach niż przewożenie pięćdziesięciu kilogramów bagażu. Nie wliczam zapasu win.
Moje drobne święto, które spędzę w górzystym mieście kojarzącym mi się z Aspen. W Aspen nigdy nie byłem.
Kilka dni na łonie (MYMłonie) natury z dala od cywilizacji pomijając komputer bez dostępu do internetu i telewizor.
Nowy kurs językowy, uniwersyteckie znajomości… ale to już lipiec z Umbria Jazz w przerwach między lekcjami.
Chciałbym napisać do lipca cztery listy, dwa prawie limeryki, zadbać o dobrą strawę i lekturę. Już czuję się zmęczony a ledwie wymieniłem co następuje. Pomyśleć, że narzekałem podczas pracowitych lat. Nie wiem w końcu jak to było z tą przypowieścią – miało być siedem lat suchych a potem siedem lat mokrych? Biorąc pod uwagę ostatnie siedem lat, kiedy zarabiałem w ciągłym skupieniu i teraźniejszą wieczną ochotę na wino – aktualnie znajduję się w latach suchych!!! Bez dwóch zdań.
PS Widzę w statystykach odwiedzin, że ilość komentarzy jest odwrotnie proporcjonalna do ilości komentarzy. Nie zrażam się. Pamiętliwy nawet nie jestem, ALE (podczas czytania w myślach akcentowanie jest równie ważne) ku pamięci – lista postów, które chcę zamieścić: wystawa Hoppera, klub jamajski, warsztaty pracy twórczej w Italii, ostatnia wieczerza ze studentami, morderstwo wielkie prawie pod mym domem.

wierzę

Za kilka lat, kiedy wszyscy poza mną będą myśleć, że jestem stary otworzę koszt miernoty i zobaczę jak dobrze się bawiłem dusznego, czerwcowego wieczoru w Perugii.

środa, 23 czerwca 2010

Włoska wycieczka: Toskania

Zagęszczenie miast będących skarbnicami sztuki jest największe na świecie. Toskania to także kolebka wielkich artystów renesansu (Leonardo da (z) Vinci, Michał Anioł). Czy można udać się na półwycieczkę? W Internecie wszystko jest możliwe.

Do najważniejszych miast regionu zalicza się stolicę – Florencję, jak również Pizę, Sienę, Arezzo czy Lukkę. Winiarzy przyciąga Montepulciano i obszar produkcji Chianti Classico - historyczne centrum Toskanii między Florencją a Sieną.



Lubię czytać zdania zgodne z prawdą. Na przykład, że tradycyjna regionalna kuchnia była kuchnią ludzi biednych, że wykorzystywanie czerstwego chleba (w zupach) wcale nie jest przypadkiem. Nie lubię jednak gdy wciska się, że „we Florencji luksusem jest już piękny kawałek mięsa”. Nie ma mojej zgody na mitologizację życia. Dostaje się być może zupę w glinianych miseczkach, z pewnością jednak żądza pieniądza i nastawienie na turystyczny kapitał bardzo zmieniły kulturę jedzenia. Niestety.

Małgorzata Caprari pisze, że „należałoby zacząć (pisać) o samych Toskańczykach, którzy swoje korzenie wyprowadzają od starożytnych Etrusków. Lud w dolinie Arna zawsze zaliczał się do najbardziej pracowitych, trzeźwo myślących i oszczędnych. (…) Ponieważ przygotowanie ciepłej i pożywnej zupy było mniej kosztowne niż opał do ogrzania domu, stąd w tradycji kuchni toskańskiej nie brak sycących i gęstych zup o konsystencji naszego bigosu, które wystarczały za cały posiłek.” Pokrętna logika. Skłodowska w paryskiej mansardzie przykrywała się ubraniami i krzesłami (biografia autorstwa córki), będę wierzył więc że florentczycy wybierali zawiesiste zupy bo nie stać ich było na opał...

W Kulinaria Italia czytam, że w Toskanii szczególnym powodzeniem cieszy się chleb. Większym nawet niż makaron. Pane sciocco (senza sale) stanowi tradycyjny wypiek. Podczas swojej wyprawy do Florencji kupiłem chleb „miejski”, soli rzeczywiście nie było, zastąpiono ją piwem. Z tradycyjnie niesolonymi chlebami spotkałem się także w innych lokalizacjach na Półwyspie. Słyszałem nawet opowieść, w której pojawiała się danina solna i postać papieża. Źródło potrzebne od zaraz bo ma pamięć zawodzi. „(…) typowym dla rejonów wiejskich zwyczajem było rozpalanie raz w tygodniu ognia w wielkim, wolno stojącym piecu, by wypiec chleb dla całej wsi, podczas gdy rodziny w miastach zanosiły wyrobione ciasto chlebowe do piekarza. Wynagrodzenie za tę usługę, z której nie można było przecież zrezygnować, ustalane było nawet ustawowo. (…) Chleb towarzyszy Toskańczykom przez cały dzień.” Chleb, obok wina, owoców, parmezanu czy oliwy zdaje się być stale obecny na włoskich stołach, nie tylko w Toskanii.



Podążam za rozkładem jazdy wskazanym w książkach, będzie więc krótko o płynnym, włoskim złocie. Oliwa


Według mitu Atena rozkazała Matce Ziemi, by ta wydała na świat nieznane drzewo o niezwykłych w właściwościach. W ten sposób narodziło się drzewo oliwne. Wszystko przez zakład z Posejdonem o panowanie nad Attyką. W uczonych książkach jest także napisane, że „drzewo oliwne pochodzi z terenów położonych między Pamirem a Turkiestanem. Stamtąd rozprzestrzeniło się ono przed pięcioma tysiącami lat na cały obszar śródziemnomorski i wpłynęło nie tylko na zwyczaje kulinarne osiadłych tutaj ludów, ale także stało się przedmiotem kultu w wielu regionach. (…)
W cesarskim Rzymie powstał cały przemysł oparty na oliwie. Utworzona dla niej nawet osobną giełdę towarową, arca olearia, be scentralizować świetnie prosperujący handel. (…) Regularne żucie listka drzewa oliwnego wzmacniało dziąsła i zachowywało nieskazitelną biel zębów.” O sukcesach i porażkach związanych z nowymi listkami „whitebalance” doniosę wkrótce.
Już w IV wieku n.e. w Toskanii właściciele gajów oliwnych zawezwani zostali do powiększania plantacji. Do sukcesu na polu produkcji oliwy w regionie przyłożyli się także później Medyceusze, którzy odstąpili część posiadanych, zalesionych terenów z przeznaczeniem na gaje oliwne. Importowane głównie z Apulii i Kampanii zielone, płynne złoto stało się wizytówką regionu (najpopularniejsze gatunki: Frantioio, Leccino, Maraiolo, Pendolino). „Cechy charakterystyczne gotowej już oliwy z oliwek zależne są głównie od klimatu i okresu zbioru owoców. Oliwa pochodząca z łagodnych, położonych najczęściej nad morzem stref klimatycznych, jak na przykład wokół Lukki czy Grosseto, smakuje delikatniej, a typowy posmak ziemi nie jest tak wyraźnie odczuwalny. Na terenach pagórkowatych i na przedgórzu Apeninów, gdzie temperatury są niższe, oliwki nie osiągają już takiego stopnia dojrzałości. Tłoczy się z nich aromatyczną, owocową oliwę o korzennym, lekko gorzkawym posmaku, który jest jednak wyważony i dojrzały. (…) Jakość oliwy z oliwek określa się według zawartości wolnych kwasów tłuszczowych. Zawartość kwasów w olio d’oliva extra vergine nie może przekraczać jednego procenta.” Sezon zbioru oliwek przypada na listopad - połowę grudnia. Szybko zebrane owoce przewozi się do olejarni (grozi im utlenianie i fermentacja). Tradycyjna metoda uzyskiwania oliwy to rozgniatanie przez granitowe żarna owoców, mieszanie i tłoczenie.

Od kilku lat mam dostęp do wiejskiej oliwy z Lazio. Przy najbliższej okazji dokładnie wypytam jak przebiega proces produkcji we wsi wesołej.

Na koniec części pierwszej w kwestii mojego ulubionego sera słów kilka.
Pecorino produkuje się w całej Italii, w Toskanii jak czytam nazywa się go cacio. „(…) dostępny jest w różnych stopniach dojrzewania. Najmłodszy trafia na rynek już po 2-4 tygodniach, średniodojrzały potrzebuje na to 2 miesięcy. Stary ser pecorino, którego można używać zamiennie z parmezanem jako tarty ser, dojrzewa przez pół roku, często i dłużej. (…) wytwarzany jest od grudnia do sierpnia. Najpierw do pełnego owczego mleka dolewa się podpuszczkę. Po półgodzinie mleko się ścina i można rozpocząć odciskanie sernika. Podobna do twarogu masa może teraz odpocząć w ciepłym miejscu, zanim napełni się nią formy. Młody ser musi być codziennie ręcznie solony i odwracany, aby mogła wytworzyć się skórka. W niektórych regionach naciera się ją koncentratem pomidorowym, co sprawia, że przybiera przejrzystą pomarańczową barwę. Inne metody polegają na zabarwieniu skórki na szaro za pomocą węgla spożywczego lub na lekki brązowy kolor - ostatni wymieniony odcień uzyskuje się przez ułożenie gomółek dojrzewającego sera na liściach orzecha. (…) Wyjątkowym specjałem jest marzolino, mały pecorino w kształcie jaja, wytwarzany z pierwszego wiosennego mleka – najczęściej w marcu, o czym świadczy jego nazwa.”
 

Skubnę zaraz kawałek świeżego sera. Silnej woli ciężko na obczyźnie.


* korzystałem z książek: Włochy praktyczny przewodnik, Pascal, Bielsko-Biała 2009, Kulinaria Italia, h.f. ullmann fk Wydawnictwo Oleksiejuk, printed in China 2008, Znane i nieznane dania kuchni włoskiej, Caprari Małgorzata, KDC, Warszawa 2009. Przepraszam, w bibliografiach nigdy nie byłem dobry i wybitnie nie przykładam się do tematu.

może się zdarzyć


Polka z urodzenia, Obywatelka Świata z wyboru. Z przeszło sześćdziesięcioma wiosnami spaceruje ulicami Budapesztu w towarzystwie Francuskiego Kochanka (w domyśle żona + troje dzieci). Kochanek lat czterdzieści cztery myśli na głos i z przejęciem:
- Wiesz, nigdy w życiu nie szło mi się z kimś tak dobrze krok w krok
- Jaki jesteś biedny – pomyślała szukając słów odpowiedzi.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

rozdział kolejny


… w którym Xin okazuje się nieroztropnym bohaterem-współlokatorem.
Dym to łagodne określenie na kłęby czarnej mgły w kuchni, którą w wyniku nierozwagi i spalenia MOJEJ kafetiery przyszło mi dzisiaj oglądać. Machanie ręcznikiem w stronę okna to do prawdy ciekawe urozmaicenie wieczoru. Ćwiczeń fizycznych nie ma końca w realnym życiu, którego nie prowadzę. Oglądanie filmów w (s)pokoju nie rozbudza bynajmniej mięśni, a szkoda.
Z przerażeniem widzę, że ruchomych obrazów na długie, zimne wieczory mam coraz mniej. Zrobi się ciepło albo będzie wojna! Nie wiem jeszcze komu ją wytoczę. Mówi się tutaj “fa bel tempo”, może temu lub tej, która za tę pogodę odpowiada? (Pogodynce?)
W ostatni weekend zapadła pewna zapadnia. Po dzikich wizjach wyjazdu na południe (prawie do Afryki – Reggio di Calabria), zdecydowałem się ostatecznie zostać w Umbrii kolejne dwa miesiące. Znaczy to całkiem wiele. Planuję kontynuować swój dziennik podróży jak i naukę języka. Liczę na trafność powiedzenia, że jest czas, gdy trzeba inwestować, by potem odcinać kupony. Niestety powiedzenie nie trzyma się w tej chwili mej zawodnej pamięci. Zbieram w Italii swoje dziesięć tysięcy godzin na konto przyszłych sukcesów panie Gladwell! Rezygnacja z wynajmu dotychczasowego pokoju przekłada się na niedaleką wizję przeprowadzki. Przewrażliwiona właścicielka nie jest mi do szczęścia potrzebna, nie będziemy się więcej musieli oglądać. Zamieszkam w innej części miasta, bardziej oddalonej od uczelni. Nie dalej jak wczoraj ustaliłem szczegóły nowej współpracy. Zielono mi będzie, czekają mnie także w lipcu i sierpniu autobusowe wycieczki. Latem można poczuć wiatr we włosach nawet w publicznych środkach transportu. Nie wspomnę ani słowem o tym, co jeszcze w wysokich temperaturach można poczuć w autobusach, koncentruję się na pozytywach zmian. Planuję relaks w pierwszych dniach lipca w związku z wizją wakacji na uczelni. Przez kilka dni będę daleko od wi-fi, blisko zaś natury (i leków przeciwhistaminowych). W to mi graj życie!
Nowy zeszyt do włoskiego ma kartki z papieru z recyklingu. Na kremowych stronach występują w ilościach znacznych pomarańczowe, horyzontalnie wymalowane linie. Miękka, beżowa okładka z recyklingu wyrobów skórzanych jest miła w dotyku. Gramatyka ma porządną oprawę.

niedziela, 20 czerwca 2010

(s)prawa reportera


Brak samochodu w Italii skutecznie uniemożliwia poznanie wielu ciekawych miejsc na kulinarnej mapie Włoch. Zostają do dyspozycji samochody znajomych. “Gitana” to ładnie urządzona restauracjo-pizzeria znajdująca się 20 km na północny wschód od Perugii. Wystrój raczej nowoczesny chociaż bez zbędnych plastikowych detali, które królują obecnie na salonach. Ze zbędnym za to telewizorem na ścianie. Piłka rules!, i wszystko jasne. Antipasti ciekawe chociaż lekka kuchnia fusion = la cucina italiana + fast-food. Obok smażonych w głębokim tłuszczu nadziewanych oliwek czy małych mozzarelli leżały smażone w głębokim tłuszczu frytki. Więcej koszmarków nie pamiętam, za wszystkie kucharz powinien przeprosić. Jego wina! Zamówiłem pizzę po olbrzymiej porcji przekąsek. Nie przeszkadzały mi jednak antipasti w zaglądaniu widelcem to talerzy kolegów. Co ważne – im także mój widelec nie przeszkadzał. Próbowałem pasty w sosie z wódką, tortellini z mięsem i kawałkami kiełbasek w białym, gęstym, śmietanowym sosie, a także cielęciny i jagnięciny z grilla dobrze skropionych cytryną. Na moim talerzu uśmiechało się bardzo cienkie ciasto pizzy z sosem pomidorowym, mozzarellą i prosciutto, grubo obsypane rucolą. Szybko przestało się uśmiechać. Było pysznie i przyjemnie.
Z Perugii, dla “kosztu miernoty” pisałem
Ja