piątek, 7 maja 2010

Sprawunki i inne zobowiązania



Obwieszczenie pierwsze:

Nie było mnie chwilę, zgodnie z planem i wbrew wybuchającym wulkanom (Iceland, we told you to send us cash, not ash!) jestem gdzie być miałem. Po ogarnięciu niezbędnych do egzystencji spraw jak wynajmowane kąty, jedzenie i picie, po zaspokojeniu innych potrzeb (utrzymanie odpowiedniego poziomu kofeiny we krwi na przykład) jestem. Jestem i zobowiązuję się do wprowadzenia w życie pomysłu, który chodził mi po głowie całe dwa tygodnie. O co chodzi?

Rozchodzi się o to, że Italią i kuchnią włoską interesuję się długo. Ze względu jednak na pracę, która jest wymówką dostępną na podorędziu nie przysiadałem do zgłębiania tajemnic kulinarnych Półwyspu Apenińskiego z odpowiednią atencją. Do teraz. Aktualnie bowiem pracy (zgodnie z planem) nie mam. Mogę się więc poświęcać albo inaczej - oddawać przyjemnościom. Do takich należy oczywiście próbowanie, gotowanie i pieczenie, zdobywanie wiedzy także. Postaram się zrobić w oparciu o książki, które swoimi wątłymi mięśniami dźwigałem do Perugii przegląd włoskiej kuchni regionalnej. Palec pod budkę, bo za minutkę... zacznę w kolejnym tygodniu. W Italii w piątek niczego się nie zaczyna. Przesądny nie jestem, płynę z nurtem tutejszego życia.

Obwieszczenie drugie:
Popełniłem przed ostatnim świętem Sylwestra mail do autorki "la nonna la cucina la vita". Otrzymałem ostatnio odpowiedź. Larissa Bertonasco Polskę lubi, była nawet kilkukrotnie i pisze, że przypomina jej (somehow) Polskę. Z grzeczności nie zapytam pod jakimi względami. Może macie jakieś pomysły?
Najważniejsza informacja to zapowiedź nowej książki: "La cucina verde. Die schönsten italienischen Gemüserezepte". Za niemieckim nie przepadam, uczyłem się jednak i co nie co rozumiem. Wprawdzie propozycji otrzymania książki nie mam, będę jednak chciał ją kupić.

Obwieszczenie trzecie:
Od momentu dla mnie ważnego prowadzę konkurencyjny blog. Dla lubiących nie tylko przepisy ale i wesołą bazgraninę z lekkim zadęciem: www.kosztmiernoty.wordpress.com [red.: nieaktualne; na Aromatycznym występują wyimki z blogu - tag: koszt miernoty]
 
FINITO

czwartek, 6 maja 2010

24 godziny


Jadąc do Perugii myślałem, że wszystko się jakoś ułoży. Ułożyło się jakoś czyli szybko. Z życia wariata:
Wysłany z lotniska w Warszawie na portalu dla podróżników mail przyniósł skutek – odezwała się Olga, miła Polka studiująca w Perugii. Wskazała hostel i opisała drogę do celu. Mini-metro, które wygląda jak kolejka górska na szynach lub jedna z wielu dziwnych maszyn sunących slalomem po torach w wesołym miasteczku, potem winda strachów. Ot, cała droga do centrum miasta. Dotarłem do celu podróży na godzinę 21:30, błądząc wcześniej chwilę. Hostel przyjazny, łóżka niczego sobie, inni lokatorzy różni więc aparat i komputer zostawiłem w depozycie i… wybrałem się na domową imprezę. Nic to, że chwilę wcześniej resztką sił dźwigałem dwadzieścia dziewięć kilogramów bagażu, Olga i mieszkający w Perugii przyjaciele to przecież kopalnia wiedzy, pomyślałem. Nie było pudła. Sześć osób w akademiku, piw i win odpowiednio więcej. Towarzystwo płciowo mieszane łączące się w bólach byle najmniejszych (większych nie ma) wymagań stawianych przez wykładowców na uniwersytetach. Po odbiorze istotnych informacji udałem się na zasłużony nocleg. Więc, co można zrobić przez dwadzieścia cztery godziny w obcym mieście? Ano można:
- zapisać się na opłacony wcześniej kurs językowy. Próbowałem wyjaśnić w banku, na prośbę pani z sekretariatu kwestię pieniędzy które nie dotarły na rachunek odbiorcy przez dwa tygodnie. Okazało się, że signore w garniturze w otoczeniu wszystkich przynależnych placówce bankowej urządzeń potrafi zrobić kopię dowodu wpłaty i umówić się z uczelnią, że wyjaśni sprawę. Complicato! to kwestia garniturowca
- wysłuchać dwóch lekcji języka coraz bliższego, zadziwić się po raz kolejny innością życia i pracy w Italii
- polubić młodego Anglika, wesołego Libańczyka, w kwiecie wieku Niemkę i łysiejącego Australijczyka, inną Niemkę i dziewczynę z Izraela. Znielubić: troje Chińczyków i Koreańczyka. Krótko – poznać grupę językową. Dam sobie czas na obserwacje charakterologicznego tygla
- wyrobić kartę na stołówkę uniwersytecką. Liczę na uniesienia podniebienia. Zdarza mi się przeliczać
- odwiedzić bibliotekę, uniwersytet, informację turystyczną, pizzerię, kilka barów kawowych, punktów widokowych, lodziarnię
- finalmente: znaleźć pokój, sfinalizować umowę najmu. Misja uwieńczona sukcesem. Właśnie piszę z mojego nowego lokum z bezprzewodowym dostępem do wirtualnego świata. Wprawdzie z jednym garnkiem i patelnią, biorąc pod uwagę mojego nowego chińskiego kolegę z pokoju obok może być ciężko, znajdzie się jednak rozwiązanie i na tę kwestię. W Warszawie miałem cztery własne garnki tylko dla siebie plus patelnię, wok i bistecchierę. Na via delle Clarisse mam garnek o dziwnym kształcie, dwupalnikową kuchenkę, kolegę o imieniu Xin /szin/ i dwa biurka do własnej dyspozycji. Mam także w pokoju okno z widokiem na wielkie drzewo, za którym rozciąga się wspaniały widok na dolinę i pofałdowania terenu w oddali. O tym już innym razem.
Lazio i Umbria soczyście zielone, nim panujący kolor zmieni się na słomkowy będę cieszył się latem. Lubię planować, to takie niewłoskie.

przekaz z chmur

Niebo na wysokości przelotowej jak mleczna zupa lub dobrze ubita śmietana mieszana z płynną, białą czekoladą. Pyszne!

środa, 5 maja 2010

rozsypka


Na zegarze wybiła kolejna północ a mi ciągle wydaje się, że jestem w totalnej rozsypce. Kończę się pakować chociaż mam wrażenie, że i tak o najbardziej przydatnych rzeczach zapomniałem. Nie mam wprawy w pakowaniu na kilkumiesięczne wyjazdy.
Nie mam (jeszcze) dokąd jechać. Dwie osoby z couch surfing odmówiły współpracy. Napisałem więc dzisiaj do chłopaka, który udzielił miło i konkretnie wskazówek w temacie pokoi do wynajęcia w Perugii. Odpowiedzi czekam, ostatecznie sprawdziłem adresy kilku hosteli. W tak zwanym międzyczasie czyli jutro rano, przed samym wylotem, spodziewam się telefonu z informacją czy będzie możliwe obejrzenie wieczorem pokoju do wynajęcia. Mapy google podpowiadają, że z mieszkania na uniwersytet droga pieszo zajmuje 20 minut. Już sobie wyobrażam zielone uliczki, które prowadzą codziennie do wiedzy. Ogłoszenie znalazłem w internecie, zdjęcie wprawdzie zaburza moją wolność wyznania ale w przemeblowaniach jestem całkiem niezły.
Kilka godzin snu i czas na wycieczkę. Dopiję herbatę, upchnę klika dodatków i mogę iść spać. W końcu magnolie już przekwitły.

sobota, 1 maja 2010

bezrobocie

Otworzyłem szybko oczy pierwszego dnia swojego bezrobocia i stwierdziłem, że trzeba brać się do roboty. Koniec przeprowadzki czeka.

piątek, 30 kwietnia 2010

finito


Kolejny raz okazuje się, że największą wartością firmy są ludzie, którzy w niej pracują. Autentycznie będzie mi brakować kilku osób, z którymi spędzałem blisko połowę roboczych dni. Coś się kończy, inne zaczyna. Ze wspomnieniami i dobrymi referencjami udaję się na wymarzoną przerwę.
Pozamiatane.
W ramach rozstania z Muranowem odwiedziłem ulubionego fotografa, podziękowałem Nauczycielce za lekcje włoskiego i udałem się na obiad do restauracji. Włoskiej, a jakże! Ulubioną cukiernię w Warszawie bowiem odhaczyłem wczoraj. Bliskie mi kąty szybko zmienią położenie na bliższe równikowi…

środa, 28 kwietnia 2010

Fajfy polskie i keksy


Dziś krótko nie będzie. Mających czas i chęci Czytelników i Czytelniczki zapraszam do przeczytania ciekawego tekstu Marji Disslowej z książki "Jak gotować". Rozdział kilka tygodni temu uprzyjemnił mi weekend. Przeczytałem go raz, potem jeszcze dwa odwiedzającym mnie tego samego dnia znajomym. O towarzyskich spotkaniach będzie.
Do herbaty i towarzystwa chętnie podaję kawałek prostego ciasta. Wykorzystując kuchenne zapasy przed własnym wyjazdem strzałem w dziesiątkę okazał się keks. Wprawdzie w "Jak gotować" przepisu na ciasto nie znalazłem, odzyskałem za to na chwilę wywiezioną w ferworze przeprowadzki książkę Pierre Herme'a "Desery" - przepis na keks polski właśnie z niej pochodzi.

B. dyrektorka Lwowskiej Szkoły Gospodarstwa Domowego Marja Disslowa, z rozdziału Five o'clock:

"W Polsce tak zwane "fajfy" zyskały oddawna już prawa obywatelstwa. W dużych miastach, przy dużych przestrzeniach, ludzie pracujący nie mają już dzisiaj czasu jeździć całemi dniami z wizytami, najczęściej poto tylko, aby pozostawić bilety wizytowe, gdyż gospodarze albo są też poza domem, albo tak zajęci, że przy całej gościnności , przyjąć nie mogą. Jedynem wyjściem z tej sytuacji jest oznaczenie przez każdą panią domu dnia i godziny, o której zastać można w domu i zawiadomienie o tem wszystkich znajomych. A że (...) przyjęcie herbatką lub kawą jest najmniej kłopotliwe, godziny przyjęć wypadają najczęściej pomiędzy 5 a 8 popołudniu. Panie, z natury rzeczy mniej zajęte, tłumnie siebie odwiedzają w tych godzinach, gorzej jest z panami, których zajęcia często dłużej niż do piątej zatrzymują przy pracy, lecz, że przy naszej, polskiej rozlewnej gościnności gość i nieco spóźniony również mile jest witany, więc po siódmej i oni się nieraz zjawiają.

Musimy odróżniać dwa rodzaje fajfów, jedne specjalnie proszone, lub też rzadko, naprzykład raz na miesiąc urządzane, wymagają nieco sutszego przyjęcia, inne, co tydzień powtarzane powinny prawie niczem od zwykłego, codziennego podwieczorku się nie różnić. Zacznę więc od tych ostatnich. Może je urządzić każda z pań mieszkająca bodaj w jednym pokoju (...). Kilka ładnych filiżanek i tyle talerzyków starczy na trzy razy taką ilość osób, gdyż nie wszyscy jednocześnie przychodzą (...). Jako dodatek do kawy lub herbaty koszyczek herbatników, placek domowy lub takaż babka zupełnie wystarczą. Kieliszek likieru lub nalewki, konjaku, kogo na to stać, będzie zawsze mile witany przez panów, lecz wcale nie jest niezbędny. (...) Inaczej jest zupełnie, jeżeli takie przyjęcie jest specjalnie proszone, lub też powtarza się raz na miesiąc tylko (...). O ile ktoś posiada jeden pokój i ma odwagę w nim przyjmować liczniejsze grono, oczywiście może tylko dodać do ciasta jakieś owoce lub cukierni, a przy większej ilości gości zebranych na małej przestrzeni przygotuje jakąś chłodzącą lemonjadę, lekki kruszon, peppermint z lodem itp. W większem mieszkaniu, gdzie jest pokój specjalnie przeznaczony na jadalnię i oddzielny salon, - mówię tu przecież o stosunkach powojennych, przy których rozmaite możliwości przewidzieć należy, - najlepiej jest w tej jadalni urządzić rodzaj bufetu.(...) Na stole środkowym ustawić należy ciastka drobne i herbatniki, babkę i placek lub parę tortów, zależnie od środków i chęci, jedno i drugie lub jedno albo drugie. Likier i konjak do kawy, śmietanka i cytryna do herbaty, cukier do obu. Jakiś chłodzący napój: kruszon lub lemonjada, jeśli tańce dochodzą do skutku. Na bocznym stole maszynki z kawą i herbatą, gdyż przynoszone z kuchni prawie zawsze są zimne, a taż sama służaca, co tam je nalewa, może i w jadalni to samo wykonać."

Ja, w stosunkach powojennych właśnie opuszczam dwupokojowe, warszawskie mieszkanie. Niestety rzadko mi się zdarzało przyjmować gości mając na stole, ot, kilka tortów. Nie chyba z natury rzeczy mniej zajętą panią... wspaniałe!


Keks polski
na podstawie Keksu polskiego z książki Desery Pierre Herme
 
składniki na 2 keksy po 10 porcji:
300 g mąki
200 g masła, miękkiego
150 g cukru pudru (w oryginale 200 g)
łyżeczka esencji waniliowej (w oryginale 2 łyżki cukru waniliowego)
5 jajek, oddzielnie białka i żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
400 g bakalii (wykorzystałem suszone śliwki, ziarno słonecznika, figi, daktyle, orzeszki piniowe i laskowe, płatki migdałów, morele i kandyzowane skórki owocowe)
mąka, do obtoczenia bakalii
masło, do posmarowania formy

Bakalie grubo posiekałem, obtoczyłem w mące. Przesiałem do miski mąkę z proszkiem do pieczenia. Do drugiej miski włożyłem masło, ucierałem po czym po trochu dosypywałem cukier puder. Ukręcić dobrze po czym dodawać po jednym żółtku i esencję waniliową i po 1/4 porcji mąki.

Nagrzałem piekarnik do 180 stopni C, przy termoobiegu zmniejszyć należy temperaturę o 20 stopni C.

Białka ubiłem na sztywną pianę, dodałem do ciasta, wymieszałem po czym dodałem bakalie i rozprowadziłem je delikatnie w cieście.

Dwie formy keksowe wysmarowałem masłem, wyłozyłem pergaminem i ponownie posmarowałem masłem. Ciasto przełożyłem do form i wyrównałem powierzchnię. Piekłem godzinę. Ciasto rumieniło się za bardzo, przykryłem je więc folią aluminiową, pod koniec pieczenia folię zdjąłem. Upieczone keksy wyjąłem z piekarnika, studziłem na drucianej kratce. Zawinięte w folię spożywczą można przechowywać w lodówce nawet przez tydzień.


Keks najbardziej smakował mi po kilku godzinach od upieczenia. Ciasto ma waniliowy, słodki aromat. Bakalie opakowane w taki keks świetnie oddają swoje skondensowane smaki.