środa, 27 maja 2009

Alkoholowy podest i mus bardzo czekoladowy w roli głównej

Dość zabiegany tydzień muszę przyznać, dobrze że przynajmniej truskawki są lepiej dostępne. Czekolada też niczego sobie pręży się na półkach ustawiona w rzędach z płynnymi nadzieniami szukającymi ujścia na różowym języku łasucha/łasuchy.

Wpadła mi w ręce na miesiąc (bo to książka publiczna) "W kuchni u Kręglickich". Nie miałem jeszcze czasu dokładnie wgryźć się w temat dań z sześciu restaurcjacji, które rodzeństwo prowadzi - od razu za to zawrócił mi w głowie przepis na czekoladowy mus.

Mus na alkoholowych śliwkach
inspirowanz musem czekoladowym z książki "w kuchni u Kręglickich"

Najpierw będą suszone kalifornijskie śliwki, których jedną paczkę 150 gramową zalewamy w małym garnku 100ml metaxy i 50 ml wody słodząc dwiema łyżkami cukru. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy powoli aż śliwki zmiękną a całość zacznie przypominać powidła. Co za powidła!!!

Teraz czas na mus, skoro mus. 2 tabliczkom (po 100g) deserowej i 1 tabliczce czekolady mlecznej fundujemy kąpiel wodną w misie na gotującą się wodą do całkowitego rozpuszczenia. Naczynia będą trzy. Jedno już było, czas na drugie. Woda nam się dalej gotuje, czekolada lekko studzi się a drugiej misie (jeden miś, dwa misie) miksujemy 3 jajka z 20 ml likieru amaretto i 100 g cukru pudru. Powstałą jajeczną chmurkę odstawiamy. W ostatnim naczyniu ubijamy na półsztywno, już bez dodatkowych efektów w postaci pary 150 ml śmietany wysokoprocentowej. Mieszamy delikatnie - ostudzoną czekoladę z chmurką z jajek i bitą śmietaną. Wstawiamy do lodówki do stężenia.

W pucharkach/szklankach robimy fundament z pijanych śliwek na co zgrabnym ruchem łyżką do lodów kładziemy kulę musu.

PS W gościach byli i tacy co tylko śliwki chceli. Pozdrowienia dla Gości!

3 komentarze:

Mafilka pisze...

Akurat ta książka na mnie wrażenia nie zrobiła specjalnego, ale Twój mus jak najbardziej :-) Lubię takie cuda...

Anoushka pisze...

Brzmi fajnie. Ja wprawdzie na czekoladę nie mam ostatnio ochoty, znam jednak takich, co mogliby się dać za nią pokroić :) A że niedługo będą w ruinie na kolacji, to im zrobię. Niech się tuczą ;-D

Ania pisze...

Bardzo podoba mi się obecność Metaxy w tym deserze! Taki męski rys :)

Odpisałam Ci u siebie na temat nowego Dehnela, ale że możesz tam tego nie przeczytać, w razie czego kopiuję me wypociny tutaj:

"Mich, zastanawiałam się, o jakiej nowej ksiażce Dehnela piszesz, bo wiadomości o Nike mi w tym roku umknęły, bo odcięta byłam od prasy i radia. Ale sprawdziłam - "Balzakiana"! :) Czytałam już jakiś czas temu i jak zwykle mnie urzekła. Specjalnie dla Dehnela usiadłam też do lektury Balzaca, bo wcześniej nic jego autorstwa nie czytałam.
"Balzakiana" jest wysmakowana, mocno ironiczna i momentami zabawna, gdy ją czytałam, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nadajemy z Dehnelem na tych samych falach, choć on robi to w bardziej wysublikowany i erudycyjny sposób, rzecz jasna :)
POdsumowując- jestem na tak!"



:)