niedziela, 5 kwietnia 2009

Moja włoska przygoda



Aparat wyruszył z drugim właścicielem za zachodnią granicę na dwa tygodnie więc przepisów, a zwłaszcza zdjęć nie będzie. Przynajmniej do świąt. Trochę szkoda bo dom dzisiaj wypełnił się aromatem muffin z kokosa i koktajlu bananowego z malaksera. Innym razem. Świąt nie obchodzę więc mazurki mogą pojawić się w maju a baby w czerwcu, koniecznie przybrane owocami.
Choroba mnie bierze, prawie cały dzień przesiedziałem w domu wyłączając spacery z psem bo musicie wiedzieć, że w domu pojawił się dwa tygodnie temu czworonożny przyjaciel. Przyjechał ze Śląska, gdzie przesiedział za długo w niewygodzie i na łasce gminy. Jeszcze czasem (przed chwilą) śnią mu się koszmary ale w końcu rozliczenie z mroczną przeszłością i porzuceniem to nie byle jaka sprawa. Dajemy sobie czas na poznanie i praktykujemy zwiedzanie okolicy. Wabi się Czesiu.



Czytam Jamiego i jego włoską przygodę. Tak naprawdę czytam dzisiaj łapczywie wszystko co wpadnie mi w ręce bo w ostatnim czasie, a raczej przy jego braku, przyjemności spychałem na później i tak tygodniami. Wracam wspomnieniami do swoich włoskich wojaży i marzę, i marzę... Włochy to moja zagranica, która w pamięci ryje się głębokimi zmarszczkami. Jeżdżę do Włoch przynajmniej raz w roku od lat hm... siedmiu. Czasem jestem gościem, czasem sam się goszczę ale zawsze przywożę przyjemne wspomnienia. Nie znam dużo innych państw tak dobrze, nadrabiam zaległości. Ważne że jest jedno, na którym mi naprawdę zależy.
Książkę "Włoska wyprawa Jamiego" polecam. Jestem fanem kulinarnych publikacji (podobnie jak kulinarnych blogów) ale dość wybrednie podchodzę do sprawy, zwłaszcza zakupu. W tym przypadku nie było inaczej.Italia kojarzy mi się z życiem blisko Ziemi, z socjalizacją, gwarem, pośpiesznie wypijaną kawą, głośnymi targami, przenikającymi się zapachami z małych sklepików i barów, ciężkim powietrzem i całym przeglądem przygód, których tam doznałem. Trudno będzie odnaleźć własne doświadczenia w książce Brytyjczyka, wykwalifikowanego kucharza myślałem sobie. Pomyliłem się. Bardzo.
Oliver opisuje jedzenie z dużą dbałością o przekazanie istoty kuchni włoskiej. Nieskomplikowanych dań, połączenia prostych składników wprawiających kubki smakowe w istne szaleństwo. Jamie zwraca się do mnie jak do kucharza amatora objaśniając krok po kroku co zrobić i jak najlepiej przyrządzić prezentowane dania. Dobra to forma bo mam ochotę go słuchać zamiast czytać recytowanych bezosobowo przepisów.
Widziałem kilka odcinków programu Olivera - nie jest moją ulubioną postacią kuchennego światka ale szczerością podbija poprzeczkę zaufania i zainteresowania sobą.
Książka przede wszystkim jest pochwałą włoskiego sposobu jedzenia. Autor próbuje wytłumaczyć wysoką średnią wieku Włochów ich dietą i uderzać tym faktem po oczach rodaków wybierających fast food (wczesne ciąże, życie na zasiłkach... dopisek red). Zdjęcia są rewelacyjne! Ot, sielskie gotowanie i życie razem z Włochami zamknięte w grubej oprawie z charakterystycznym papierem z "mieszanych surowców" nasączonym atramentem. Mocny, wyrazisty ton zdjęć tylko dodaje smaku, dobre książki tak po prostu mają.

Powspominam jeszcze chwilę Italię. Rozpływające się w ustach tiramisu, uwodzące smakiem. Świeże kalmary w Neapolu w lekkiej panierce z dobrze wyczuwalną nutą cytrynową. Pizze bianco, rosso i cały przegląd wariancji na temat. Chleby, które po tygodniu smakują prawie tak dobrze jak pierwszego dnia. Niekończące się stragany warzyw i owoców na Campo di Fiori, gdzie podobno Hanna Suchocka przyjeżdża na motorynce po zapasy do domu. Gelaterie e gelati - najcudowniejsze lody na świecie w setkach smaków i kolorów. Cafe caldo e fredo czyli gorąca i mrożona i kolejki za nią i małym ciastkiem na śniadanie. Przegląd serów i bogactwa produków nie do przecenienia z działu nabiału. Prosciutto crudo i wędliny, na które wydać można ostatnie pieniądze. I sjesty, i beztroska i powolna obsługa w sklepach, i prawie brak centrów handlowych (na naszą modłę) i wyjazdowe sierpnie, zielone kwietnie i wysuszone na wiór lipce... Kto się przeprowadza?
Każdy region to inna kultura, na południu wieje z Afryki, na północy wieje z Alp, a w centrum? W centrum to dopiero jest ciekawie, jak to po kolebce kultury europejskiej spodziewać się można.

11 komentarzy:

asiejka pisze...

włochy zawsze mnie fascynowały
zaczęłam ich poznawanie poprzez język
nauka włoskiego to naprawdę fajna sprawa
mam nadzieję,
że kiedyś uda mi się zobaczyc ten piękny kraj

a pasiak śliczny!

ps. i ten muffinki.. ten bananowy koktajl. brzmi kusząco. możesz chociaż przepis?

Strony Smaku pisze...

mozliwe, ze ja sie przeprowadze do rzymu, najwczesniej za 9 miesiecy:) w konkurencji jeszcze bruksela i paryz, ale moze trafic sie wieden albo rodzinna warszawa;) poki co, maly wypad do florencji w planie. podzielam twoja milosc do wloch, a i pozostale kraje basenu morza srodziemnego uwielbiam. marzy mi sie chwilowo czarnogora, ale w tym sezonie to top hit austriackich wycieczek, wiec trzeba przeczekac ten szal pewnie.
co ja bym dala, zeby hanie suchocka na skuterku zobaczyc;) poki co musze zadowolic sie nasza pania wice-burmistrz na rowerze...
pozdrawiam slonecznie, wprawdzie nie z italii, ale juz niedaleko:)takze czesia!

Bea pisze...

Trzymam kciuki za szybki powrot do formy!
I 'zazadraszczam' tego przesympatycznego czworonoga! Bardzo mi tego aktualnie brakuje...
A milosc do Wloch tez rzecz jasna podzielam! ;)

majana pisze...

Kocham Włochy! Są przepiękne, cudowne! Wszystko mnie w nich urzeka, dosłownie wszystko. Mogłabym tam zamieszkać na stałe. Uwielbiam wszystko co włoskie - klimat, architekturę, język, ludzi, potrawy, lody.. mmm.. wszystko :)))
Tęsknię za Italią baardzo i marzę o niej codziennie, marzę by znowu tam być :) Pozdrawiam.

Ania pisze...

Bardzo fajnie opisałeś książkę Jamiego, podobają nam się te same rzeczy, choć nie zwróciłam uwagi na ten papier ;) nie zauważyłam, ze to "mieszaniec". Taka to drobnostka, ale fakt, ze piszesz o tuszu i papierze, b. mi przypadł do gustu: zwracasz uwagę na szczegóły, na ksiażkę jako całość. Ja się ostatnio zachwycałam papierem w najnowszym toniku W. Szymborskiej :)

A ja dzis sobie wyciągnęłam "Jamie's Italy" i w promieniach słońca, na leżaku, odbyłam godzinną wyprawę z Jamiem. Utwierdziłam się w przekonaniu, ze to moja ulubiona książka jego autorstwa. Kupiłąm ją rok temu, na jesieni (wtedy wyszła: fatalną porę sobie na to wybrali! czas, w którym nie ma juz u nas świeżych, pełnych słońca warzyw). Odłożyłam na półkę, bo tylko przykro mi się robiło, ze nie mogę właściwie nic z niej zrobić, ponieważ składniki już nie te... A teraz nadchodzi TEN czas! Ksiazka pójdzie w ruch :)

Pozdrawiam wiosennie :)

kuchnia-Monsai pisze...

Przepiekne i zachwycające jest ro pierwsze zdjęcie!!!

Tilianara pisze...

I ja należę do grona miłośników Italii i z chęcią bym się do niej na stałe przeniosła :) Książkę mam i pałam do niej równie ogromną miłością, z ogromnym smakiem wykorzystując z niej przepisy :)

Ale szczerze powiem, że za serce ujęło mnie, że wziąłeś taką śliczną sierotkę :) Sama miałam już w życiu dwa psy, kilka kotów i niezliczoną ilość różnych drobnych gryzoni czy ptaków :) Podziwiam wszystkich, którzy decydują się przygarnąć jakąś zbłąkaną duszę :) Pogłaszcz Czesia ode mnie po łepku :)

Maribe pisze...

Ja też jestem bardzo zwiazana z Italią, głównie za sprawą studiów ale także, niestety,uzależnienia od Neapolu. Nazwałabym to amore-odio, miłość-nienawiść, bo za każdym razem jak tam docieram (3-4 razy w roku), to miasto wprawia mnie w zachwyt i doprowadza do ataków wścieklizny jednocześnie. Niestety, mieszkając tam dłużej niż wakacyjny wypad można się wykończyć ich biurokracją, wiecznym opieprzaniem się, kiczowatością mediów i często także samych Włochów, niestety..Ale dla tej pizzy, ech. Dla pizzy i narzeczonego pewnie wrócę w sierpniu (jak on już się zdąży odmrozić nad polskim morzem).
Swoją drogą, czytam już tak od 40 minut i nie mogę się oderwać. Fantastyczny blog.

Karolina pisze...

Znalazlam w twoich impresjach Italie wyryta w moich wspomnieniach. W samym srodku snieznej zimy...Bezcenne:).
Przenosimy sie do Rzymu za dokladnie 6 miesiecy. Zycie jest zbyt krotkie, aby je spedzic z dala od Wloch;).

Mich pisze...

Dzięki! Przenosicie się na stałe?
Ja planuję za trochę krócej zaryzykować trochę... ale na razie to wszystko musi zaczekać i pozostać tajemnicą.
pozdrowienia ciepłe

Karolina pisze...

Tak, mam nadzieje, ze na stale. Decyzja zapadla dosc spontanicznie. Oby to ryzyko zaowocowalo wyjazdem zycia zarowno u Ciebie, jak i u mnie:).Pozdrawiam serdecznie